intro

Grażyna Torbicka odchodzi z TV!



Wczoraj światem (poprawka: nadwiślańskim grajdołem, bo zakładam, że wieść ta nie pojawiła się na czołówkach portugalskich portali) wstrząsnęła wieść, że p. Grażyna Torbicka odchodzi z tzw. publicznej telewizji. Jak kraj długi i szeroki rozlały się żale, że wieść to jest zaiste tragiczna. Jest to ogromna strata dla telewizji, która w zasadzie powinna zakończyć nadawanie wszelkich programów (może poza zegarami z aktualnym czasem), bo bez p. Grażyny i tak nikt ich nie będzie oglądał, a programów pokazujących tylko zegary z aktualnym czasem p. Grażyna i tak nie prowadziła. Zakładam także, że żal i lamenty rozlały się także po polonijnych i emigranckich środowiskach. Tragedia na miarę brukselskiej. Co najmniej. I poza lamentem zgodny chór śpiewa pieśń o głupocie telewizyjnych włodarzy, wyrzucających największą gwiazdę programu 2.

A teraz, jak mawiają filmowcy: cięcie!

Parę lat temu pojawiła się wieść o zamknięciu kina Femina. To warszawskie kino położone było przy Al. Solidarności (ścisłe centrum miasta) i było jednym z ostatnich niemultipleksowych w stolicy. I także żałość się i narzekania się rozlegały, że jak można było dopuścić do upadku tak kultowego miejsca, w którym kultura kwitła, widzowie byli intelektualnie (a może nie tylko) zapładniani i nikt w czasie seansu popcornu nie żarł. Co więcej i o zgrozo wszelaka, na miejscu kina miała powstać Biedronka, tfu, a kysz! Czyli świątynię sztuki filmowej sprofanowali zwykli przeżuwacze.

A teraz krótka refleksja starego złośliwca.

P. Grażynę Torbicką pamiętam z telewizyjnego cyklu „Kocham kino”, pokazującego późną nocą filmy o poziome nieco wyższym niż „Titanic” (niezależnie od tego, czy jeszcze płynącego, czy już na dnie). Problem w tym, że ostatni program z tego cyklu oglądałem pewnie z 10 lat temu. P. Grażyna prowadziła także, zdaje się, jakieś imprezy. I tyle.

Krótka sonda wśród znajomych potrudziła moje spostrzeżenia: wszyscy p. Grażynę kojarzyli, ale w okresie ostatnich kilku lat nikt jej programów nie oglądał. Więc p. Grażyna jest trochę takim potworem z Loch Ness (nie chodzi wygląd), o którym słyszeli wszyscy, ale którego nikt nie widział. A ci, którzy twierdzą, że widzieli, są wiarygodni bardzo średnio. Dlatego też wcale nie uważam jej odejścia z publicznej telewizji za jakąś wielką stratę. I niestety wcale nie uważam, że gdyby przeszła do prywatnej telewizji, to przyciągnęłaby jakieś tabuny widzów. Byłaby co najwyżej listkiem figowym, mającym zamarkować, że pokazywane jest coś bardziej ambitnego niż „Oberek z gwiazdą”, „Wojny o miejsca parkingowe” albo „M jak musztarda”.

I podobnie było z kinem Femina. Wszyscy biadolili, że ogromna szkoda, że zostało zamknięte, ale nikt do niego nie chodził. Sam ostatni raz byłem w nim chyba na początku lat 90-tych. Gdyby ludzie walili tam całymi tabunami, to nikt nawet by nie pisnął o jego zamknięciu. Łatwo narzekać, ale trudniej działać.

I jeszcze jedno: nigdzie na świecie nie ma posad dożywotnich. Nawet królowie i papieże mogą abdykować. Dlaczego więc p. Torbicka miałaby pracować w publicznej telewizji aż do emerytury lub dłużej? I to niezależnie od tego, czy to ona zrezygnowała, czy zrezygnowano z niej.

I oczywiście nie jest to przytyk pod adresem p. Torbickiej, której osobiście nie znam, ale uważam ją za kobietę z dużą klasą.

Nebelwerfer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *