intro

Jak pozbyć się telemarketerów



Telemarketerzy, albo telefoniczni akwizytorzy, albo po prostu wciskacze (Panie nazwijmy wciskarkami, żeby nie było), są utrapieniem. Utrapienie nie jest związane tylko z zakresem rzeczy lub usług, które próbują nam wcisnąć. Bo zakres jest bardzo szeroki – od cudownych garów i leczącej pościeli, sprzedawanych na tzw. prezentacjach, do karty kredytowej czy ubezpieczenia od wypadków spowodowanych upadkiem satelity.
Na marginesie leczniczej pościeli: chyba tylko pościel w burdelu niejednego uleczyła od impotencji, a i w tym przypadku nie jestem do końca pewien, czy to aby na pewno zasługa wyłącznie pościeli.

Problem polega na tym, że wciskacze bywają dość dobrze wytresowani w sztuce wciskania nam rzeczy zbędnych i – często – kosztownych, dlatego też pozbycie się ich wcale nie jest łatwe. W dodatku są mocno zmotywowani, bo ich wynagrodzenie uzależnione jest od wyników sprzedaży. Nie wciśniesz – nie zarobisz. Czy trzeba lepszej motywacji? I desperacji przy okazji? Co gorsza, jeden udany wcisk powoduje falę następnych.

Co prawda zmiany w prawie dość skutecznie ograniczyły pole ich działania, ale zupełnie nie wyeliminowały.

Krótko o tych zmianach:

Działalność wciskaczy regulują przede wszystkim dwa akty prawne: ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz Prawo telekomunikacyjne. Niestety dla wciskaczy, od pewnego czasu ich działalność to prawdziwa jazda na dwa baty (miłośnicy pornoli wiedzą, o co chodzi). A te dwa baty pochodzą właśnie z obu tych ustaw. Ustawy te odnoszą się także do innych przejawów wcisku niż tylko telefoniczny, np. wcisku dokonywanego pocztą elektroniczną (spam). Ale skupmy się na telefoniarzach.

I tu killerem jest znowelizowany (trudne słowo, zwłaszcza na bani) art. 172 ust. 1 Prawa telekomunikacyjnego, zgodnie z którym:
„Zakazane jest używanie telekomunikacyjnych urządzeń końcowych i automatycznych systemów wywołujących dla celów marketingu bezpośredniego, chyba że abonent lub użytkownik końcowy uprzednio wyraził na to zgodę.”

Po pierwsze: cokolwiek (lub czegokolwiek) ktokolwiek nie będzie próbował ściemniać, telefon jest telekomunikacyjnym urządzeniem końcowym, podobnie zresztą jak komputer podłączony do internetu.

Po drugie: brak jest ustawowej definicji marketingu bezpośredniego, zarówno w prawie polskim, jak i europejskim. Czyli pojawia się prawnicze bicie piany i dyskusja, czy np. reklamy wyświetlane na stronach internetowych są przejawem marketingu bezpośredniego, czy też nie. Przypomina to nieco średniowieczne debaty na temat tego, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki. Na szczęście rozmowa telefoniczna jest kierowana do indywidulanie oznaczonej osoby, a tematem rozmowy wciskacza nie jest pogoda w Bangladeszu (a przynajmniej nie jedynym), więc w tym przypadku wątpliwości nie powinno być.

Po trzecie: zgoda. Kluczowe jest stwierdzenie: „wyraził na to zgodę”. Czyli musi to być wyraźna zgoda abonenta lub użytkownika (czyli nas) na marketing bezpośredni. Właśnie i dokładnie na to. Jeżeli wyrazimy zgodę na wykorzystanie naszych danych tylko dla celów realizacji jakiegoś zamówienia (czyli np. na dostarczenie nam przesyłki do domu), to absolutnie nie jest to zgoda na marketing bezpośredni. Osobę, która twierdziłaby, że jest inaczej, spokojnie możemy załadować do Grubej Berty i wystrzelić, niekoniecznie w stronę francuskich fortów. Czyli ponownie: z naszej zgody musi jednoznacznie wynikać, że zgadzamy się na marketing bezpośredni. Inaczej wciskacz łamie prawo.

Po piąte: forma, w jakiej powinniśmy wyrazić zgodę. Tu polska ustawa milczy. Być może jest to milczenie znaczące, czyli wskazujące na dowolność formy. Posługując się dodatkowo bełkotem europejskim (nie wiedzieć dlaczego, nazywanym dyrektywą), można przyjąć, że zgoda może być wyrażona w dowolnej formie, także elektronicznej. I także poprzez postawienie ptaszka na stronie internetowej, niekoniecznie pornograficznej. Czyli czujność i ostrożność jest ze wszech miar wskazana. Ale jak powszechnie wiadomo, przy stawianiu ptaszków zawsze należy zachować szczególną ostrożność.

Po szóste: czy ktoś zauważył brak numeru cztery?

W przypadku wciskaczy, najważniejsze jest oczywiście szczepienie, czyli zapobieganie. Nota bene nie wykluczam możliwości, że pojawią się wciskacze oferujący szczepienia przeciw innym wciskaczom. Szczepienie ma zapobiec możliwości ujawnienia naszego telefonu i wykorzystywania go w haniebnym celu wciśnięcia nam jakiegoś gówna – niezależnie od tego, czy jesteśmy szejkami z Dubaju, czy nie, i jaki aromat gówienko rozsiewa.

Czyli czytamy. Czytamy uważnie. Czytamy uważnie wszystko, co podpisujemy lub elektronicznie wypełniamy. I jeżeli jest opcja postawienia ptaszka (dla ułatwienia dodam, że chodzi o ptaszka stawianego zazwyczaj długopisem lub kliknięciem – dwuznacznie mówiąc – myszki) przy zgodzie na wykorzystywanie telefonów w celu komunikacji marketingowej, to oczywiście go nie stawiamy. Nawet jeżeli pracujemy w zawodzie, w którym stawianie ptaszków zalicza się do podstawowych umiejętności i jest regułą, a nie wyjątkiem.

Ale nawet jeżeli już umoczyliśmy i nasz numer jest dostępny dla marketingowych orłów (czy raczej sępów), to także nie stoimy na straconej pozycji. Tak więc nasze ścierwo nie musi zostać rozszarpane przez ptaszyska z łysą pałą i napisem „marketing” na piersi.

Polecane warianty postępowanie związane są z przyjęciem pewnych charakterystycznych postaw:

1. Wariant Rejenta Milczka.

Nie chodzi rzecz jasna o to, by mówić staropolszczyzną – taką, jaką posługiwał się Fredro, czy inny wieszcz. Azaliż w sumie mogłoby to być ciekawe i doprowadzić do konfuzji dzwoniącego. Możliwe więc byłoby uznanie nas za wariata, a w efekcie – do przerwanie połączenia – czyli efekt osiągnięty. Jednakże w tym wariancie bardziej chodzi o to, aby nie odbierać telefonów.

Jeżeli więc już odebraliśmy telefon od wciskacza, warto zapisać ten numer w pamięci telefonu, np. pod hasłem „dżuma”, „dupek”, „nie odbierać”, czy „prezydent”. Dzięki temu będziemy mieli możliwość szybkiej identyfikacji numeru. Unikniemy dzięki temu zastanawiania się, co to za numer, przy następnej próbie połączenia – a nie miejmy złudzeń, taka próba z pewnością nastąpi. Każda następna próba połączenia z tego numeru powinna włączyć nasze dzwonki alarmowe i uruchomić opcje: wycisz, zrzuć albo olej. Ta ostatnia możliwość jest szczególnie wskazana, jeżeli mamy wyjątkowo fajny dzwonek telefonu, np. odgłosy puszczanego pawia pod drzewem w parku o wschodzie słońca. Cała przyjemność po naszej stronie.

Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie, że rasowa dziwka nie odbiera telefonów zastrzeżonych. Jest to wspaniała zasada, która powinna być powszechnie stosowana, nawet w przypadku, gdy wyjątkowo nie kupczymy własnym cielskiem. I nie tylko w związku z telefonami od upierdliwców, sprzedających cudowne kremy na rozstępy dla facetów. Skoro ktoś nie chce, abyśmy poznali numer jego telefonu, to nie zasługuje na to, abyśmy zaszczycili go możliwością rozmowy z nami. Nawet jeżeli rozmowa miałaby ograniczyć się do użycia mniej lub bardziej krótkiego słowa, powszechnie uważanego za obraźliwe, a zachęcającego do udania się w daleką podróż.

2. Wariant wiecznie zajętego biznesmena

Jest to wariant działający krótkotrwale – najdłużej do następnego dnia. Wciskacze nie pracują bowiem całą dobę. Zazwyczaj ich system pracy jest zmianowy. Jeżeli więc próba wcisku następuje ok. godz. 10.00, wystarczy powiedzieć, że jest się na arcyważnym spotkaniu i poprosić o telefon ok. 15.00. Jest spora szansa, że wciskacz będzie się wtedy zajmował wciskaniem czego innego i komu innemu i niekoniecznie musi to być związane z jego pracą zawodową. I raczej nie przekaże nas koledze, żeby to kolega nie zakasował prowizji. Niestety, ta metoda to typowa odroczka i nie uchroni nas przed telefonem następnego dnia. Oczywiście, można ją stosować wielokrotnie, aż w końcu dojrzejemy do zastosowania wariantów bardziej radykalnych, prowadzących do ukręcenia łba (w przenośni lub dosłownie) naszemu problemowi. Możemy też traktować ją jako rozpoznanie walką, służące do wstępnego rozpoznania i zidentyfikowania przeciwnika, któremu rozstrzygający cios zadamy inną metodą.

3. Wariant pauzy

Prosty patent. Jeżeli ktoś dzwoni do nas z infolinii lub jest innego rodzaju wciskaczem, nie odzywa się do nas od razu. Po odebraniu przez nas połączenia występuje krótka, ok. dwusekundowa przerwa, zanim wciskacz daje głos. Ta przerwa jest bardzo charakterystyczna i pewnie wynika z właściwości systemu stosowanego do takich połączeń. Jeżeli więc nasz rozmówca nie odzywa się od razu po uzyskaniu połączenia, możemy spokojnie się rozłączyć, a numer telefonu, z którego nastąpiło wywołanie, umieścić co najmniej na żółtej liście.

4. Wariant myśliwego

Jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak. A więc nie dajemy wciskaczowi szansy na zaprezentowanie wspaniałej wizji zdrowego gotowania we wspaniałych garach, uzyskania dostępu do kolejnych 50 kanałów w kablówce (nawet jeżeli wszystkie są pornograficzne), czy ubezpieczenia się od następstw urazu psychicznego, spowodowanego widokiem prezydenta stojącego na krześle (nawet jeżeli jest to krzesło elektryczne). Atakujemy szybko i bezlitośnie, olewając zasadę, że dobrze wychowana osoba nie przerywa rozmówcy. Czekamy krótką chwilę, aby wciskacz się wstępnie zidentyfikował i stosujemy zasadę uderzenia wyprzedzającego, z takim powodzeniem zastosowanego przez Izrael w czasie wojny sześciodniowej.

Przy czym w kwestii identyfikacji nie interesuje nas imię i nazwisko wciskacza, bo jakie znaczenie ma, czy dzwoni Ferdynand Pershing, czy Eliza Kiełbasa-Galicyjska? Miałoby to znaczenie, gdyby dzwoniący wciskacz był płci żeńskiej, podał swoje najważniejsze wymiary (przy czym rozmiar miseczki nie jest na końcu listy priorytetów), a najlepiej jeszcze MMS-em przerzucił fotkę. Wtedy możemy zapomnieć o dalszej części tego punktu i wziąć wszystko, co nam wciska, pod warunkiem zagwarantowania nam wciskania wzajemnego. Ale powiedzmy szczerze: prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest równie wielkie, jak wymówienia „R” przez miłościwie nam panującą Panią Prezydent m. st. Warszawy.

Więc do rzeczy: ważne jest ustalenie skąd (z jakiej firmy, instytucji) wciskacz dzwoni. I wtedy wkraczamy do akcji.

Często stosowanym przeze mnie pierwszym uderzeniem jest: „Co zamierza pan/pani mi wcisnąć?” Powoduje to wstępne oszołomienie przeciwnika.

Żeby nie dać przeciwnikowi szansy na pozbieranie się, atakujemy z flanki, przy czym sposób ataku uzależniony jest od zidentyfikowania się nadawcy. Jeżeli jest to więc przedstawiciel powszechnie znienawidzonej instytucji nazywanej bankiem, robimy nalot dywanowy połączony z nawałą artyleryjską i szybkim atakiem batalionu czołgów i mówimy: „Mam już rachunek bankowy, dwie karty kredytowe, ubezpieczenie na życie i od następstw nieszczęśliwych wypadków, kredytu brać nie zamierzam, czym jeszcze cudownym chce mnie pan/pani obdarzyć?”

I niech spróbuje zapytać, w jakim banku. Wysyłamy go/ją na drzewo w szybkich słowa: „Sam sobie pan/pani ustal”. I kończymy rozmowę.

Ostatnio bankowa wciskarka po moim ataku miała siłę zapytać mnie tylko: czyżby wcześniej dzwonił do pana kolega, bo nie mam tego w systemie? Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że tak i zakończyłem rozmowę. Faktycznie kilka dni wcześniej spławiłem jej kolegę z tego samego banku. Widać takie osoby jak ja z miejsca powinny być na czarnych listach wciskaczy.

„Atakuj, kiedy nie jest na to przygotowany. Pojawiaj się tam, gdzie on się ciebie nie spodziewa.” (Sun Zi „Sztuka wojny”)

5. Wariant legalisty

Jedna z odmian starej zasady, że najlepszą obroną jest atak. W tym wariancie podważamy legalność pozyskania numeru naszego telefonu dla celów marketingowych, a tym samym – legalność prowadzenia rozmowy marketingowej. A wiadomo, że wciskacze nie dzwonią, aby zapytać nas o samopoczucie, czy podyskutować na temat metod restauracji zabytków. Więc celem wciskacza jest odpłatne wciśnięcie nam towaru lub usługi, nawet jeżeli dla niepoznaki zostało to ubrane w różne dziwne słowa, takie jak marketing. Otóż pierwsza nasza wypowiedź powinna sprowadzać się do trzech krótkich pytań:
a) z jakiej firmy wciskacz dzwoni (o ile wciskacz nie podał tego od razu)?
b) skąd firma ma nasz numer telefonu?
c) na jakiej podstawie firma wykorzystuje nasz numer telefonu dla celów marketingu bezpośredniego, gdyż nigdy nie wyraziliśmy zgody na takie jego wykorzystanie?

W większości przypadków wciskacz polegnie już na pytaniu b), bo skąd szary pracownik (lub współpracownik na umowie mniej lub bardziej związanej z segregowaniem odpadów, czyli śmieciowej) może to u licha wiedzieć? Pytanie dotyczy przecież pochodzenia wiedzy na temat konkretnego numeru telefonu, należącego do konkretnej osoby. Równie dobrze można zapytać pracownika Microsofta czy innego Apple’a, jaki numer buta nosi jego Wielki Prezes. Ale na wypadek, gdyby jakaś gładka odpowiedź jednak się znalazła (np. kupiliśmy bazę danych od firmy X), jest jeszcze całkowicie dobijająca odpowiedź c). Dobijająca całkowicie, gdyż wymagałaby dyskusji, czy ewentualnie postawiony przez nas ptaszek lub podpis (których żaden z rozmówców nie ma przed oczami), jest ptaszkiem lub podpisem naszymi rękami uczynionym. Przy czym istotne jest, że potencjalny zakup bazy danych wcale nie przenosi naszej zgody na wykorzystanie naszych danych (w tym numeru telefonu) na nabywcę tejże bazy.

Tak więc po braku odpowiedzi na nasze pytania lub uzyskania odpowiedzi wymijających lub co najmniej mało satysfakcjonujących, możemy spokojnie zagrozić donosem do UOKiK, a w tym celu poprosić o ponowne podanie nazwy firmy i jej adresu w celu ich zapisania oraz zakończyć rozmowę. O ile rozmowy nie zakończy sam wciskacz na etapie prośby o ponowne podanie danych firmy. I raczej pewne jest, że do cholernego legalisty, który może narobić kłopotów, w którego na chwilę się zmieniliśmy (a którym nie jesteśmy, gdy do najbliższego przejścia dla pieszych jest całe 100 m), nikt ponownie nie zadzwoni. A przynajmniej nie ten sam wciskacz.

6. Wariant chama

Nareszcie! Oto wariant będący idealną katharsis. Możemy bez konsekwencji nawrzucać komuś (wciskaczowi), co chcemy i ile chcemy. Wyrzućmy z siebie wściekłość i frustrację. W razie czego zawsze możemy powiedzieć, że akurat jesteśmy po lekturze „Wściekłości i wrzasku” Faulknera – i tak nikt tego nie przeczytał, więc weryfikacja, czy źródło naszej wściekłości jest prawdziwe, nigdy nie nastąpi. Jedynym ograniczeniem może być tylko niewielki zasób naszego chamskiego słownictwa i generalne ubóstwo polszczyzny w zakresie wszelkich przekleństw i słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Nawet wspomaganie w postaci lektury „Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów” niewiele tu pomoże i raczej wpędzi nas w depresję, gdyż dojdziemy do wniosku, że Polak nawet kląć nie potrafi. Ale po kilku telefonów od wciskaczy, poziom naszego wkurzu ma szansę podnieść się na tyle wysoko, że natchnie nas to rzucenia oryginalnej i potężnej wiąchy. Poczujmy w sobie poetycką wenę! W końcu Fredro pięknie rymował wulgaryzmy i przekleństwa:
„I ja tam byłem,
miód i wino piłem,
ale nic mi nie zostało,
bo się wszystko wyrzygało.”

Nebelwerfer

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jak pozbyć się telemarketerów”
  1. kasta says:

    Wciskacz jest do przełknięcia, ominięcia lub wciśnięcia…funkcji… rozłącz.
    Nie ma się o co stroszyć… 😉 To nieodłączny element , wirtualnej cywilizacji,,, z której też jeszcze nie wszyscy korzystają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *