intro

Jordania – podróż do piachu. Porady praktyczne.



Garść uwag i porad dotyczących tegorocznej podróży po Jordanii.

Orły z MSZ.

Nasze orły z MSZ omal nie uniemożliwiły mi wyjazdu. O ile orlęta nasze nie są w stanie wbić do głowy prezydentowi, że po krzesłach chodzić nie wypada (nawet u siebie w domu), a kiedy jest się gospodarzem, to odwłok sadza się dopiero, gdy usiądą wszyscy goście, o tyle ostrzegają na prawo i lewo o wszystkim, łącznie z potencjalną możliwością złapania kataru w przeciągu. W efekcie ich zacnych działań, 19 marca br. ukazało się zalecenie MSZ, aby powstrzymać się od podróży do i przez Jordanię (poziom zagrożenia 3 w czterostopniowej skali). Oficjalnie związane było z „utrzymującą się niestabilną sytuacją bezpieczeństwa i możliwymi aktami terrorystycznymi.” Nieoficjalnie, wiadomo: z zamachem w Tunezji 18 marca, w którym zginęły 23 osoby, czyli dokładnie dwa razy mniej niż w Polsce w wypadkach drogowych w długi czerwcowy weekend 2014 r. Z utęsknieniem czekam na zalecenie MSZ, aby w długie weekendy nie wychodzić z domu.

Nie wiem, na jakiej podstawie uznano, że Jordania jest krajem niestabilnym, a Burkina Poland – kraj w środku Europy, w którym trudnością nie do przeskoczenia jest policzenie głosów w wyborach samorządowych lub ściągnięcie prawidłowego jednego protokołu komisji wyborczej z Londynu – stabilnym jak skała. I dlaczego nie ostrzeżono przed wyjazdami do Niemiec, z których pochodzą piloci, lubiący popełniać samobójstwa w romantycznej górskiej scenerii, w samolotach pełnych pasażerów. Ale oczywiście lepiej postraszyć, żeby wykazać potrzebę swojego istnienia. Dzięki Ci, Em Es Zecie!

Skutkiem tego ostrzeżenia było np. odwołanie wszelkich wyjazdów do Jordanii przez jedno z biur podróży, z którym wyjazd rozważałem. Na szczęście nie wszyscy byli tak przeczuleni i podróż doszła do skutku.

28 października 2015 r. MSZ kolejny raz ostrzegł przed podróżą do i przez Jordanię. Tym razem ostrzeżenie było bardziej precyzyjne – odradzono podróży w rejon miejscowości Ma’an, do wschodnich dzielnic Ammanu oraz podróżowania w pasie przygranicznym z Syrią, Irakiem i Arabią Saudyjską. Poziom zagrożenia spadł do 2.

Petra

Petra

Czy warto jechać?

Co za pytanie! Pewnie, że tak. Dlaczego? Bo prawie każdy znajdzie tu coś ciekawego: i miłośnicy mistycznych przeżyć, i zabytków, i pięknych krajobrazów. Jednocześnie ciekawych rzeczy nie ma aż tak wielu, żeby nie dało się większości przez tydzień przynajmniej powierzchownie zobaczyć. Z rzeczy wartych uwagi, mój program w zasadzie nie obejmował tylko tzw. pustynnych zamków Umajjadów, które tak naprawdę nie są zamkami, lecz pałacami lub karawanserajami. Ominęły mnie przez to, niestety, gołe cycki na malowidłach w Qusayr Amra (pałac na liście UNESCO), które świadczą o tym, że władcy wyznający islam, nakazy swojej religii zostawiali za progiem. Trudno. Ale w końcu nawet najlepiej namalowane cycki nie zastąpią żywych.

Najgorzej w Jordanii mogą mieć plażowe pustaki, uznające tylko spędzenie tygodnia na plaży, z małymi przerwami na smarowanie się olejkiem do opalania. Plażowanie możliwe jest tylko w Akabie (plaża nie zachwyca) lub nad Morzem Martwym (j.w.). Ale taki pustak jest dobry na szybką godzinkę, niekoniecznie w Jordanii i niekoniecznie na plaży, a nie na tygodniowy wypad.

Kiedy jechać?

Kiedy nie jest tam zbyt gorąco, czyli najlepiej między listopadem a majem.

Piach.

Czyli pustynia. Czyli większość obszaru kraju. Do wyboru, do koloru: żółta, czerwona, piaszczysta, skalista. Brakuje tylko żółtych wydm á la Sahara, ale kto by tam chciał narzekać.

Tylko piach ...

Tylko piach …

Kapelusz.

Niezbędny element ubioru. Oczywiście nie chodzi o filcową fedorę, ale o letni kapelusz turystyczny, przede wszystkim przeciwsłoneczny. Skoro kraj jest bliskowschodni i pustynny, słońce potrafi nieźle przygrzać. Przy czym najlepszy jest kapelusz z prawdziwym rondem, a nie dwucentymetrowym rondusiem lubianym przez hiphopowców i wędkarzy. I kapelusz jest zdecydowanie lepszy od czapki, gdyż szersze rondo w jakimś zakresie może osłonić kark – część ciała najczęściej grillowaną na słońcu. Kraj jest taki, że w niektórych miejscach solidnie wieje, dlatego kapelusz czasami chroni również przed wiatrem. Z tego powodu najlepszy wybór to kapelusz z zabezpieczeniem przed zdmuchnięciem z głowy, np. w postaci sznureczka wiązanego pod szyją. Prawdziwą panamę, pomimo, że to klasa sama w sobie – odradzam. Ze względu na wiatr i pył, wróci (o ile wróci) w stanie raczej opłakanym.
Alternatywą dla kapelusza jest zakup na miejscu tubylczej szmatki do owijania wokół głowy – jeżeli naprawdę lubimy takie klimaty.

Przejściówka.

Żeby utrudnić życie ludziom, nie wprowadzono powszechnie obowiązującego na świecie, jednolitego standardu dziurek, do których wkładamy wtyczki urządzeń elektrycznych. Powszechny standard dziurek dotyczy zupełnie czegoś innego i zupełnie co innego tam wkładamy.

Tak więc w Jordanii teoretycznie występują inne gniazdka elektryczne niż w Europie. Gorzej: występuje tam wiele różnych rodzajów gniazdek. Czy warto więc brać przejściówkę? Jeżeli będziemy nocować tylko w hotelach, to oczywiście nie. W każdym pokoju jest co najmniej jedno gniazdko (w porywach spotkałem nawet trzy), do którego nasze europejskie zabawki możemy włożyć. Jak jest „w terenie” – nie mam pojęcia. Poza hotelami może jednak zdarzyć się tak, że jeżeli kupimy przejściówkę w standardzie izraelskim (który także występuje w Jordanii), to akurat jak na złość nie będzie pasować do jedynego w naszym zasięgu gniazdka z milutkim prądem. Rozwiązaniem są przejściówki „na wszystkie kraje świata”, które teoretycznie da się włożyć do każdego gniazdka, ale to już większe kombajny i sami musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto je ze sobą taszczyć i czy aby na pewno musimy codziennie wrzucać samojebki z dziubkami na insta i w związku z tym codziennie ładować naszego smartfonowego przyjaciela.

Mukawir (Machareus)

Mukawir (Machareus)

Hotele.

Podróżujący do krajów arabskich wiedzą o tym doskonale, ale warto przypomnieć: mierzony gwiazdkami standard hoteli tam i w Europie jest kompletnie nieporównywalny. Trzy gwiazdki jordańskie to nie to samo, co trzy gwiazdki w Burkina Poland. Warto o tym pamiętać, żeby uniknąć rozczarowania – tym razem wyjątkowo rozczarowanie może dotyczyć Jordanii, a nie teoretycznie istniejącego kraju w środku Europy. Rozczarowujące jest zwłaszcza hotelowe żarcie – mało urozmaicone i prawie bez owoców. A w temacie warzyw królują surowe ogórki.

Dolar jest bogiem.

W Jordanii nie opłaca się wymieniać pieniędzy na miejscowe dinary. Mówiąc szczerze, nawet nie wiem, gdzie i jak to zrobić. W wielu miejscach Jordanii przyjmują zapłatę w walucie prawie każdej (może poza muszelkami). Jednakże prawdziwym bogiem jest dolar. Amerykański, of kors. Tą walutą można płacić wszędzie. Co prawda nie zawsze resztę wydadzą nam także w dolarach (drobną resztę poniżej jednego USD w jednym ze sklepów otrzymałem w postaci batonika – ale otrzymałem!), ale zawsze warto o to poprosić. A jak wydadzą w miejscowych dinarach – wydać na rozrywki.

Pamiętajmy o tym, że pomimo, że kraj jest biedny, to ma silną walutę. Jeden dinar kosztuje ok. 1,5 USD. Warto o tym pamiętać i dokładnie wsłuchiwać się, czy rzucona cena to jeden dolar, czy jeden dinar. To trochę jak z randkowaniem: powinniśmy się skupić, żeby zamiast ze Stanisławą nie umówić się czasem ze Stanisławem.

Wadi Rum. Siedem Filarów Mądrości

Wadi Rum. Siedem Filarów Mądrości

Targowanie.

Pomimo skojarzeń, że Bliski Wschód to targi, targowanie, nagabywanie i oszustwa, w Jordanii wszelkie te okoliczności przyrody są jakby stonowane. Zachęty do zakupu są słowne (nierzadko niezłą polszczyzną) i umiarkowane – tu nikt nikogo za rękaw (czy co tam innego) nie złapie, żeby wciągnąć do sklepu. Miłośnicy namiętnego targowania od świtu do zmierzchu mogą przeżyć rozczarowanie. Targowanie się występuje, ale w wersji soft. Z oszustwami też się nie spotkałem, poza jednym przypadkiem (dotyczącym towarzysza podróży) zażyczenia sobie mocno wyśrubowanej ceny za zakup wody i łakoci w sklepie spożywczym, ale ta propozycja była tak oczywiście wzięta z sufitu, że została od razu odrzucona. Co ciekawe, cenę rzucił młody sprzedawca, a ja w przeddzień kupowałem w tym samym sklepie od starszego pana i nie czułem się oszukany. Widać tu także panuje zasada, że wszystko zależy od tego, na kogo się trafi.

Podobną sytuację miałem na stacji benzynowej w Egipcie, gdzie za średnią paczkę chipsów zażyczono sobie 6 USD, co oczywiście spotkało się ze stosowną reakcją w postaci życzenia rychłego wystrzelenia w kosmos autora tej oferty.

Klaksony.

Przyzwyczajonych do nieustannego jazgotu klaksonów – choćby w Tunezji – spotka spora niespodzianka. Tubylcy – o dziwo (że użyję tego dwuznacznego słowa) – prawie klaksonów nie używają. A w zasadzie używają wtedy, kiedy tego potrzeba. Kultura jazdy zbliżona jest do europejskiej.

Słoń w Petrze

Słoń w Petrze

Bezpieczeństwo.

W większych miejscach turystycznych (np. Jerash) – policja/wojsko z bronią automatyczną. Nie wiem, czy to dmuchanie na zimne, czy faktycznie są tam potrzebni. Ale nikt nie robi konwojów z turystami eskortowanych przez policję (vide Egipt). Nie ma też posterunków kontrolnych na drogach jak w Egipcie, na których można poćwiczyć samochodem test łosia, a które utrudniają dokładniejsze określenie czasu podróży (zatrzymają, czy nie?). A nocą podczas spaceru po Akabie nie czułem, że ktoś się czai, żeby mi wbić nóż w plecy. Kraj sprawia wrażenie bezpiecznego. Choć w Syrii tuż przed wojną domową ponoć było podobnie. Czujność jednak powinna być naszą cnotą. Nie wiem także, czy coś się nie zmieniło po trwającej właśnie inwazji imigrantów na Europę.

Temperatura.

Spalona ziemia, pustynia, piach, skały i wysokie temperatury mogą spowodować, że pojedziemy ubrani w japonki, szorty, t-shirt i nic więcej. Świadomość dużej różnicy temperatur dziennych i nocnych na pustyni jest dość powszechna, ale w końcu mało kto zamierza nocować na pustyni. Dlatego ten strój jest w pełni uzasadniony, prawda? Nie do końca prawda.

Po pierwsze: w rankingu najbardziej żałosnego obuwia męskiego konkurentem japonek mogą być co najwyżej przedpotopowe crocsy. Poza basenem japonki wyglądają równie stylowo jak gumofilce w Pałacu Buckingham.

Po drugie: nawet jeżeli zamierzamy nocować tylko w hotelach, to wcale nie musi być ciepło. Zwłaszcza, jeżeli jedziemy w okolice wyżynne, np. do Ammanu. Amman położony jest na wysokości ok. 850 m n.p.m. i wieczory oraz poranki (o nocach nie wspominając), są tam naprawdę zimne. W polarze wcale nie było mi tam wieczorem gorąco. Dlatego warto jakąś cieplejszą bluzę (niekoniecznie polar) zabrać ze sobą. I zakryte buty. Nawet jeżeli zamierzamy imponować imponująco profesjonalnie zrobionym pedicurem. O kapeluszu wspomniałem wyżej.

Jerash. Mam nadzieję, że ktoś docenił kadrowanie

Jerash. Mam nadzieję, że ktoś docenił kadrowanie

Ubiór.

W przewodnikach wyczytacie, że warto mieć ze sobą długie spodnie i koszule z długim rękawem, aby nie ranić uczuć religijnych tubylców. Otóż prawie przez całą podróż uczucia te raniłem, gdyż chodziłem prawie wyłącznie w krótkich spodenkach do kolan i t-shircie. Koszulę z długim rękawem założyłem tylko z uwagi na chłód w Ammanie, długie spodnie – tylko na podróż z Burkina Poland i do Burkina Poland. Być może gdzieś na prowincji lub w miejscach mniej uczęszczanych długi rękaw i nogawka są mile widziane, ale mnie w stroju wakacyjnym nikt nie pobił, nie pogonił, ani nie opluł. O rzucanych urokach też mi nic nie wiadomo. Do meczetu nikt mnie nie zaprosił, a sam się do niego nie pchałem. Tak więc nie należy specjalnie przejmować się strojem i mieć na uwadze przede wszystkim własną wygodę, miejsce w walizce i limit wagi bagażu w samolocie. Koszula z długim rękawem może być o tyle dobra, że postawiony kołnierzyk nieźle chroni kark przed słońcem, a w niektórych miejscach (Amman) może być chłodno. Dlatego narzucenie nam rodzaju stroju, co rzekomo ma być uzasadnione wymogami kulturowymi, spokojnie można zignorować.

Owady.

Nie spotkałem się z problemem z owadami w samej Jordanii. Ani latającymi, ani łażącymi, ani pełzającymi i co tam jeszcze potrafiącymi. Natomiast jeżeli jedziemy do Jordanii opcją lądową przez Egipt i nieszczęsny Izrael (vide niżej), to warto zabrać ze sobą jakiś specyfik na komary i inne paskudztwa. Wieczorem w Sharmie komary dość boleśnie mnie pokąsały, a słyszałem także o problemach z mrówkami i robactwem w pokojach hotelowych (cały czas dotyczy to Egiptu, w końcu biblijne plagi wystąpiły właśnie tam). Dlatego poza zamykaniem pokoi i nie pozostawianiem w pokojach żadnego jedzenia ani nawet jego resztek (raj dla mrówek), warto pomyśleć o jakiejś broni chemicznej na owady, przy czym lakier do włosów żony raczej się nie sprawdzi. Miłośnicy przygód MacGyvera powinni wykrzesać z siebie odrobinę trzeźwości.

Panorama z Góry Nebo

Panorama z Góry Nebo

Buty.

Teoretycznie – z uwagi na gorący klimat – najlepsze wydają się sandały (japonki są poza klasyfikacjami – vide wyżej). Tyle teoria. W praktyce, sprawdzić się mogą tylko w miejscach niezapiaszczonych i bez kamieni, np. w Jerash, gdzie miejscami maszerujemy po oryginalnym, starorzymskim bruku, który przetrwał już 2000 lat, a i tak przetrwa dłużej niż wszystkie kostki Bauma na świecie. Kompletnie nie sprawdzą się natomiast w Petrze, gdzie występują miejsca piaszczyste (zwłaszcza między Skarbcem a teatrem), a drobne kamienie mogą wystąpić prawie wszędzie. Dlatego najlepsze w tych miejscach jest obuwie zakryte, choćby adidasy. Byle nie jakieś super hiper fluorescencyjne nju coś tam, bo po dwóch dniach w piachu i kurzu może okazać się, że nadawać się będą tylko do wyjścia w celu wyrzucenia śmieci, a nie „zadawania szyku” na mieście. O damskich szpileczkach i innych fajniusich bucikach nawet nie wspominam. Ja prawie całą wycieczkę przeszedłem w butach trekkingowych z membraną, od czasu do czasu na krótkie przejścia łatwym terenem miejskim (np. w Ammanie) zakładając espadryle. Buty były średnio wodoodporne (między nubukiem wstawki bardziej przepuszczalne), ale dzięki temu lepiej oddychały. I nie narzekałem na spocone nogi, choć należę do potliwych. Pomimo upału, był to dobry wybór.

Natomiast jeżeli planujemy kąpiel w Morzu Martwym, bardzo potrzebne mogą okazać się buty do kąpieli. Dno, zwłaszcza przy brzegu, jest kamieniste, albo ze skawalonej soli, i można się poranić. Mnie pomimo bosych stóp udało się bezkrwawo wyjść z tych zmagań, ale inni mogą nie mieć tego szczęścia. W sumie można nie brać żadnych specjalnych butów ze sobą, a kupić na miejscu zwykłe klapki mejd in czajna za 3-4 USD.

Wejście do zamku Kerak (Petra Deserti)

Wejście do zamku Kerak (Petra Deserti)

Przejście graniczne, czyli naród wybrany.

Jest taki dowcip Andrzeja Mleczki: facet mówi do faceta: „Ponoć jesteśmy narodem wybranym, tylko jeszcze nie wiadomo, do czego”.

Dowcip ten nie ma zastosowania do narodu, zamieszkującego kraj z pustynią Negev, ponieważ dokładnie wiadomo, do czego został on wybrany: do wkurzania innych.

Otóż najtańszą opcją podróży do kraju nad rzeką Jordan (cały czas chodzi o Jordanię), jest podróż samolotem do Egiptu (lądowanie w popularnej miejscowości na Półwyspie Synaj o nazwie – jak mawia mój kolega – Srał jak Szejk), a następnie przejazd autokarem do Jordanii. Wiąże się to, niestety, z przejazdem przez dwie granice: egipsko – izraelską i izraelsko – jordańską. I z powrotem to samo, tylko kolejność granic rzecz jasna odwrotna. Jest to podróż dla osób o silnych nerwach. Bez ogromnej dawki stoickiego spokoju, szlag nas trafi z miejsca i nagła krew zaleje. I to bynajmniej nie z powodu nadgorliwych lub nieudolnych służb arabskich.

Naszą cierpliwość na próbę wystawią przede wszystkim nasi starsi bracia w wierze. A więc zostaniemy dokładnie i wielokrotnie obejrzeni – czy aby na zdjęciu w paszporcie jesteśmy na pewno my. Nie daj Boże ulec modzie i już po wydaniu paszportu zrobić się na lumberjacka. Zostaniemy dokładnie wypytani, czy aby na pewno cała zawartość naszej walizki jest nasza i módlmy się, żeby żona nie podrzuciła nam do bagażu swoich podpasek. Mniej więcej połowa z nas zostanie „poproszona” o otwarcie walizek, w celu ustalenia, czy szampon jest szamponem, mydło mydłem, a maszynka do golenia goli jak w reklamie. I sprawdzone zostanie, jakąż to ciekawą książkę mamy w plecaku (zaczynałem żałować, że nie Mein Kampf). Prześwietlone zostanie wszystko, łącznie z nakryciami głowy. Jeżeli będziemy mieli szczęście (ja miałem), trafimy na szkolenie narybku izraelskich służb granicznych. Brzmi niegroźnie i groźne nie jest. Poza drobną kwestią, że nasza walizka ma szansę być prześwietlana nawet sześć razy (autentyk), co zajmie co najmniej 20 minut i spowoduje świecenie tejże walizki w ciemności, dzięki czemu dostaniemy absolutnie gratis nocną lampkę.

W efekcie: przejście przez kontrolę bagażu dwudziestukilku osób zajęło ponad 2 godziny. A jest jeszcze kontrola paszportowa. Jeśli dodać do tego jeszcze arabskie procedury przekraczania granic (szybkie, ale chcąc nie chcąc, zajmujące trochę czasu), na granicach marnujemy sporo czasu i nerwów. Ponoć do niedawna była opcja przepłynięcia promem bezpośrednio z Synaju do Jordanii, z ominięciem naszych starszych braci w wierze, ale z powodów takich, czy owakich, obecnie ponoć dostępna nie jest.

Przy czym uwaga: na granicy było w zasadzie pusto. Aż strach pomyśleć, co by się działo i ile czasu zajęłoby przekraczanie granic, gdyby nagle zajechało 10 autokarów pełnych turystów. Koczowalibyśmy pewnie jak kierowcy tirów na ruskiej granicy.

Najlepsza kawa świata.

Jeżeli nawet ktoś nie lubi kawy, to powinien koniecznie choć raz spróbować jordańskiej kawy z kardamonem. Niebo w gębie i w nosie! Zapach kardamonu odurza. Kawa kosztuje ok. 2-3 USD. Szczególnie polecam kawę na polanie przed Klasztorem w Petrze, serwowaną przez śliczną, młodą Arabkę. Można tam siąść w cieniu na dywanie (nie zapomnijcie zdjąć butów, w końcu nie jesteście prezydentem), można i na wyściełanej ławce. Niebo w gębie, nosie, oczach, a dodatkowo możliwość kontemplacji jednego z najbardziej magicznych miejsc na świecie. Oczywiście mówię i o polance, i o oczach dziewczyny. Na moje stwierdzenie, że piłem najlepszą kawę w moim życiu, stwierdziła, że nie dziwi się, bo tak właśnie powinno być. Muszę tam wrócić i zgłębić temat. Kawy i jej oczu. Warto!

Klasztor (Ad Deir). Pod drzewem - budynek z najlepsza kawą świata

Petra. Klasztor (Ad Deir). Pod drzewem – budynek z najlepszą kawą świata

Sok z limonki z miętą.

Schłodzony, rewelacyjny napój, kapitalnie gaszący pragnienie. Wbrew pozorom, wcale nie taki kwaśny. Pycha! Cena ok. 4 USD.

Padnięcie.

Padłem ze śmiechu w teatrze w Ammanie widząc Arabkę z całkowicie (poza oczami) zakrytą twarzą, robiącą sobie samojebkę. Ciekawe, kto i po czym ją na tym zdjęciu rozpozna. Pewnie po rozmiarze tęczówek.

Zupa w Morzu Martwym.

Morze Martwe wcale nie jest takie martwe. Zalegają w nim bowiem turyści. I zalegają to dobrze powiedziane, bo powiedzmy sobie szczerze: w tym morzu nie popływamy. Siła wyporu jest tak duża, że wyrzuca nogi na powierzchnię. Więc większość ssaków siedzących w morzu przybiera śmieszną pozycję leżącą: na plecach, z ugiętymi nogami i podniesioną głową, co świetnie wpływa na mięśnie brzucha. Uniesiona głowa ma dobre uzasadnienie: nie warto kłaść się zupełnie płasko, gdyż nawet mała falka (a dużych nie spotkałem) może zalać oczy. I wtedy kapota. Woda jest strasznie żrąca, a jeżeli jeszcze zaczniemy trzeć oczy mokrymi rękami, nieszczęście gotowe. Dlatego trzeba bardzo uważać na oczy (niegłupim pomysłem mogą być okularki pływackie) i broń Boże nie chlapać wodą.

Aha: jeżeli ktoś ma nie zagojone rany lub ranki, to szybko je poczuje. Z drugiej strony, woda porządnie je wypali i powinny dobrze się zagoić.

A sama woda? Ciepła, o dziwnej konsystencji. Ma się wrażenie, że siedzi się w zupie, a po wyjściu z wody pozostaje dziwna warstwa na skórze: ni to tłuszczu, ni diabli wiedzą czego.

Morze wyjątkowo Martwe, bo bez turystów

Morze wyjątkowo Martwe, bo bez turystów

Kąpiele w morzu.

Cóż, jedziemy do piachu, więc możliwości kąpieli w morzu za wiele nie ma – taka opcja jest tylko w Akabie (Morze Czerwone) i w Morzu Martwym.
Panie muszą pamiętać o jednym: na publicznej plaży w Akabie nie jest dobrze widziane bikini. Ograniczenie to nie dotyczy natomiast Morza Martwego, gdzie wszyscy pakują się w takim stroju, w jakim chcą. Choć na szczęście nie widziałem niemieckiego toplessu z obwisem.

Oczywiście żadne ograniczenia co do stroju kąpielowego nie dotyczą Panów – w końcu jest to kraj z panującym patriarchatem. Pokazywanie owłosionej klaty należy do dobrego tonu.

Amman. Panorama miasta z cytadeli. Po lewej rzymski teatr

Amman. Panorama miasta z cytadeli. Po lewej rzymski teatr

W następnej części postaram się pokrótce opisać poszczególne miejsca.

Nebelwerfer

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jordania – podróż do piachu. Porady praktyczne.”
  1. Kwal says:

    Przylecieliśmy do Jordanii w dniu 26 Listopada 2018 roku, niestety, wielka szkoda bo tylko na 4 dni. Zatrzymaliśmy się w Madabie, jako że jest to bardzo dobry punkt wypadowy do zwiedzania tej części Jordanii. Nie będę tutaj się rozpisywał pisał o atrakcjach turystycznych, bo każdy zapewni je sobie we własnym zakresie i sam je oceni. Chcę natomiast opisać incydent jaki nam się wydarzył w Ammanie i ostrzec innych naszych Rodaków przed jego konsekwencjami. Po zwiedzeniu w Ammanie teatru z czasów rzymskich, dwóch muzeów i Odeonu, poszliśmy na pobliski postój taksówek gdzie za uzgodnioną z kierowcą opłatą 2 JD, kierowca zawiózł nas pod Cytadelę. Na miejscu uiściliśmy należność, po czym kierowca zadał pytanie, gdzie jedziemy po zwiedzeniu Cytadeli ? Do Madaby – odpowiadamy, ale pojedziemy busem…Pada wtedy deklaracja, że on nas zawiezie do Madaby za 10 JD i jak się zgodzimy to na nas zaczeka… Ponieważ cena zaproponowana przez taksówkarza wydała się być atrakcyjna więc się zgodziliśmy. Po zwiedzeniu Cytadeli ruszamy w drogę i jedziemy do Madaby. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po przyjeździe na miejsce dowiadujemy się, że musimy zapłacić kierowcy nie 10 JD tylko 25 JD i on tak mówił na początku kursu. W wyniku braku porozumienia pojechaliśmy na posterunek Policji w Madabie, gdzie my przedstawiliśmy swoją wersję wydarzenia i kierowca swoją. Tu kolejne nasze zdziwienie, gdyż podczas przesłuchania kierowca już nie chciał 25 JD tylko 20 JD. Podaję nr. boczny taxi 0792925741 oraz nr. rejestracyjny JORDAN 50-70788. Na policji poinformowano nas, że musimy zostać w Jordanii 2 tygodnie ponieważ sprawa zostanie skierowana do Sądu. Poprosiliśmy wtedy o kontakt z Polską Ambasadą w Ammanie, gdzie pracownik powiedział nam tak: Niech państwo wycofają skargę bo koszty pobytu i powrotu znacznie przewyższą kwotę sporną… Rozsądek również tak nakazywał więc tak zrobiliśmy i sprawę zakończono…

    Nasuwają się jednak pewne wnioski po zaistniałym incydencie i przestroga dla innych. Myślę, że taki przebieg sprawy ma drugie dno i wszyscy o tym wiedzą włącznie z policją, iż jest to robione świadomie. Kierowcy taxi są dobrze zorientowani i wiedzą jaka jest procedura postępowania w takich sprawach, więc celowo i z rozmysłem mówią klientowi nierealną i zaniżoną kwotę, by potem po przyjeździe na miejsce żądać kwoty wyższej. Wiedzą bowiem doskonale, że kończy się to wizytą na Policji i znają dalszy przebieg procedury, że nikt nie zostanie dłużej w Jordanii bo koszty z tym związane znacznie przewyższają koszty sprawy. Niestety, zasada handlowa, że cenę uzgadnia się przed zajęciem miejsca w taxi w Jordanii nie obowiązuje. I na koniec ! To samo dotyczy cen w restauracjach. Cena z menu, nigdy nie jest ceną jaką przyniesie kelner na rachunku, jest zawsze wyższa i nawet kelner nie potrafi tego uzasadnić. Kupując bilet wejściowy do Teatru rzymskiego, nad okienkiem kasowym widnieje napis: cena 1 JD od osoby, na pytanie dlaczego mamy płacić 2 JD od osoby ? sprzedawca powiedział: bo tak ! Podróżujemy z żoną po wielu krajach świata i wiemy, że zjawisko naciągania turystów występuje prawie wszędzie i jest to zrozumiałe. W Jordanii natomiast jest to naciąganie w bezczelny sposób, co jest trudno zrozumieć, ponieważ w Polsce nazywa się to oszustwo…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *