intro

Magia plagiatu



Całkiem niedawno grupą dziarskich staruszków, przekonanych, że muzyka umarła wraz z zakończeniem działalności przez zespół Led Zeppelin, wstrząsnęła informacja, że ich ukochany zespół został posądzony o plagiat. Mało tego: plagiatem miała być nie jakaś zapchajdziura wrzucona na składankę „The best of ……” jako odnaleziony po latach utwór nagrany na przenośnym kaseciaku w czasie mocno alkoholowej imprezy, ale ich najbardziej znany utwór, czyli „Stairway to Heaven”. To prawie tak, jakby powiedzieć, że plagiatem jest „Cicha noc”, „Bohemian rhapsody”, albo „Gangnam style”. No, w tym ostatnim przypadku to jednak nigdy nie wiadomo.

Na marginesie: prawdziwi wielbiciele wcale nie uważają „Schodów do nieba” za najlepszy utwór ich ukochanego zespołu. Tak uznaje tylko niezaawansowany muzycznie plebs. Prawdziwi wielbiciele dumni są z tego, że za najlepszy utwór uważają kawałek nr 5 z płyty Led Zeppelin „Presence”, przy słuchaniu której normalny człowiek chce wyłączyć odtwarzacz po 2 minutach, a co dopiero mówić o dotarciu do piątego kawałka. Dlatego prawdziwi wielbiciele najchętniej gardziliby miłośnikami „Stairway to Heaven”, gdyby nie to, że jest to nadal kawałek ich ukochanego zespołu. Stąd ich lekka schizofrenia i wieczyste męki.

Ale do rzeczy.

Czymże jest ów, mityczny niemal, plagiat?

Odpowiedź na to jest prosta i nie prosta, a czasami nawet krzywa. Rzecz w tym, że określenie „plagiat” nie występuje w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych (nie jest to więc określenie ustawowe), lecz jest pojęciem w zasadzie potocznym. Potocznie uznaje się, że plagiat to naśladownictwo lub wręcz kradzież cudzego utworu, pomysłu, rozwiązania. Na szczęście, za plagiat nie jest uznawana kradzież żony, gdyż ten przypadek to po prostu szczęśliwy traf i ulga dla męża.

A więc zamiast banalnego określenia „plagiat”, ortodoksyjny prawnik użyje wyrafinowanego określenia „naruszenie autorskich praw osobistych, polegające na przywłaszczeniu autorstwa całości lub części utworu”. Bo podejrzliwie należy traktować prawników idących na skróty i mówiących o plagiacie, podobnie jak tych, którzy mówią o podatku CIT, zamiast o podatku dochodowym od osób prawnych. Zwłaszcza, jeśli pomylą ostatnią literę.

Tak więc ortodoksyjny prawnik nie tylko ów „plagiat” odpowiednio nazwie, ale także będzie go odpowiednio klasyfikować. Wśród różnych i często przedziwnych klasyfikacji, największe znaczenie praktyczne mają następujące rodzaje „plagiatów”:

Plagiat całościowy

Polega na przywłaszczeniu autorstwa całości cudzego utworu. Przypadek raczej rzadki i najłatwiej o niego w przypadku sztuk plastycznych, ewentualnie fotografii. Znacznie rzadziej występuje w przypadku muzyki i jeszcze rzadziej – literatury.

Plagiat częściowy

Jak inteligentni zdążyli się domyśleć, w tym przypadku chodzi o przywłaszczenie autorstwa tylko części (fragmentu) cudzego utworu. Ten rodzaj plagiatu był rozważany w przypadku przywołanego na wstępie procesu z udziałem żyjących członków Led Zeppelin, gdyż przedmiotem plagiatu miało być gitarowe solo na początku „Stairway to Heaven”.

Plagiat jawny

Mówiąc krótko: proste (lub wręcz prostackie) bezczelne skopiowanie, przez niektórych nazywane bezczelnym zżynaniem.

Plagiat ukryty

W tym przypadku podejmowane są próby ukrycia faktu, że utwór jest w istocie cudzego autorstwa, czyli np. przemalowanie „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki z odwróconymi kolorami (czarnym i białym) na sztandarze Wielkiego Mistrza Krzyżaków i udawanie, że taki wkład w dzieło jest wkładem na tyle twórczym, że powstał w istocie nowy utwór.

Autoplagiat

To taka ciekawska, sprowadzająca się w sumie do wielokrotnego naciągania na kasę za to samo. W autoplagiacie twórcą dzieła pierwotnego i splagiatowanego jest ta sama osoba. Czyli faktycznie nie dochodzi do naruszenia autorskich praw osobistych, bo naruszającym prawa autorskie byłby sam autor dzieła. W przypadku autoplagiatu mamy zazwyczaj do czynienia z autorem, któremu wyczerpały się pomysły twórcze, więc swoje stare dzieła odkurza, nieco inaczej opakowuje (zmiana kolorów na obrazie, zmiana aranżacji utworu muzycznego) i po raz kolejny sprzedaje. Często odbywa się to na granicy autoparodii. Przykładem autoplagiatu mogą być np. niektóre utwory Gorana Bregovicia, w których (sygnowanych jego nazwiskiem) wykorzystał on linie melodyczne utworów skomponowanych przez niego wcześniej dla zespołu Bijelo Dugme, którego był członkiem. Porównajcie sobie „Djurdjevdan” Bijelo Dugme i „Ederlezi” sygnowane tylko nazwiskiem Bregovicia, a od razu złapiecie, o co chodzi.

Ghostwriting

Jest to de facto wyzbycie się autorstwa. W przypadku ghostwritingu mamy do czynienia z umową, na podstawie której: 1) ktoś zobowiązuje się stworzyć utwór na zamówienie kogoś innego, 2) przekazać prawa do tego utworu komuś innemu, a ta inna osoba ma prawo mienić się autorem, 3) rzeczywisty twórca ma nigdy nie ujawniać swojego autorstwa. Można to nazwać pisaniem na zamówienie dla leniwych lub pozbawionych talentu. To zjawisko nie ogranicza się tylko do sztuk pisanych i może dotyczyć np. malarstwa (wtedy będzie to ghostpainting), czy też muzyki. Wbrew powszechnemu mniemaniu, ghostwriting nie jest wytworem współczesnej cywilizacji, lecz bardzo starym zjawiskiem, przynajmniej w odniesieniu do sztuk plastycznych (czyli w formie ghostpaintingu). Czymże innym bowiem była działalność uczniów wielkich mistrzów malarstwa, podmalowujących tła obrazów, gdyż sami mistrzowie łaskawie malowali wyłącznie postacie pierwszego planu? Teoretycznie działanie ucznia, malującego drugoplanowy krajobraz na obrazie, powinno prowadzić do uznania go za współautora obrazu. Powinno, ale tak nie było. Autorem zawsze był Rembrandt, Rafael, czy inny Caravaggio, a uczeń powinien się cieszyć, że dostąpił zaszczytu dotknięcia pędzlem dzieła mistrza. I oczywiście nie zawierano tu żadnej umowy (a przynajmniej umowy na piśmie): po prostu taki był powszechnie uznawany zwyczaj.

Teoretycznie umowa, przewidująca dla twórcy podrzędną rolę ghostwritera jest nieważna, ponieważ nie można przenieść na inną osobę autorskich praw osobistych (np. prawa do autorstwa utworu) – prawa te są niezbywalne. W praktyce, nie łamiąc przepisów ustawy, można doprowadzić do skutecznego ukrycia rzeczywistego autorstwa utworu. W jaki sposób? Wyguglajcie sobie lub pójdźcie do prawnika. To nie jest strona z darmowymi poradami prawnymi.

W teorii wszystko wygląda więc pięknie, plagiaty są ślicznie opisane i umieszczone w odpowiednich szufladkach. W praktyce jest już znacznie gorzej. Granica między plagiatem a np. inspiracją jest bardzo cienka i płynna. Czy fakt, że w scherzo h-moll op. 20, Chopin wplótł motyw melodyczny “Lulajże Jezuniu”, oznacza, że to scherzo jest plagiatem? Czy jest to twórcze przetworzenie i wykorzystanie cudzej melodii?

Wracając zaś do powołanych na początku Led Zeppelin: w „Schodach do nieba” mieli oni splagiatować fragment instrumentalnego utworu „Taurus” zespołu Spirit, o którym przed tym procesem nie słyszało zapewne 99% ludzi.

Dla leniwych, tu można posłuchać „Taurusa”:

A dla wybitnie leniwych: motyw, który rzekomo mieli splagiatować Zeppelini, pojawia się między 0:45 a 1:10 i między 1:35 a 2:00 tego utworu.

A tu jest utwór Led Zeppelin, jeśli uchował się ktoś, kto go nie słyszał, a chciałby:

Po procesie wyjątkowo szybkim, nawet jak na amerykańskie warunki, sąd orzekł, że plagiatu nie ma. Miał rację, czy nie? Moim zdaniem wyrok słuszny. Poza kwestią tonacji i długości trwania obu motywów, zwracam uwagę, że rzekomo splagiatowany motyw pojawia się dwukrotnie w „Taurusie”, ale nie jest to motyw dominujący, pojawia się jakby od niechcenia, a ponadto jest opleciony innymi dźwiękami. W „Stairway to Heaven” motyw dominuje w całej pierwszej części utworu i jest wielokrotnie powtarzany.

No i jeszcze jedna kwestia: tak się dziwnie składa, że zarzut plagiatu pojawił się po 45 latach od opublikowania „Stairway to Heaven” („Taurus – rok 1968, „Stairway to Heaven” – rok 1971). Wygląda więc jak próba skoku na kasę w wykonaniu spadkobierców Randy’ego Californii (kompozytora „Taurusa”). Trochę jak rzekome gwałty, zgłaszane po 5 latach od szybkiego numerka w kiblu w klubie i tylko dlatego, że potencjalny gwałciciel stał się znanym (mniej ważne) i bogatym (bardzo ważne) bokserem.

Ciekawostka historyczna

Bohaterem (negatywnym) najsłynniejszego bodaj procesu o plagiat muzyczny był George Harrison (były członek The Beatles – informacja dla nieletnich). Sąd uznał, że jego piosenka „My Sweet Lord” jest plagiatem kawałka niejakiego Ronnie’ega Macka „He’s So Fine”. Oczywiście do dziś nikt nie słyszał o Ronnie’ Macku, natomiast kilku ludzi na tej planecie słyszało o George’u Harrisonie. W tej historii ciekawe są dwie rzeczy:

1) Sąd uznał, że plagiat miał charakter “podświadomy”. Ciekawa konstrukcja, ale na gruncie polskiego prawa i zdrowego rozsądku (które nie zawsze idą w parze), raczej mocno wątpliwa. Skoro plagiat to przywłaszczenie autorstwa cudzego utworu, to z definicji jest to działanie świadome i ukierunkowane. Próba stworzenia konstrukcji podświadomego plagiatu przypominałaby trochę próbę tłumaczenia złodzieja, który podświadomie ukradł czyjś samochód. W końcu takie miał odruchy.

2) „My Sweet Lord” po wyroku sądu bardzo długo nie istniał w przestrzeni radiowo-telewizyjnej. I wcale nie wynikało to z zakazu emisji. Dopiero bodajże w latach ’90 zaczęto ten kawałek puszczać w radiu. Wydaje mi się, że wynikało to z przepychanek związanych z odszkodowaniem: kto, ile i komu ma zapłacić (w międzyczasie dochodziło do zbycia praw do splagiatowanej piosenki). Zdaje się, że wyrok sądu uzależniał wysokość odszkodowania od przychodów uzyskiwanych w związku z wykorzystywaniem „My Sweet Lord”, więc w sumie na rękę Harrisonowi była jak najrzadsza emisja piosenki, a tym samym zminimalizowanie tych przychodów.

George Harrison. Bohater najsłynniejszego procesu o plagiat

George Harrison. Bohater najsłynniejszego procesu o plagiat

A teraz kilka ciekawostek, związanych z pewnymi podobieństwami.

Dziadki z The Rolling Stones w roku 1981 (wtedy były to dziadki nieco młodsze) nagrały kawałek „Start Me Up”. Kawałek bardzo swego czasu znany, gdyż wykorzystany przez Microsoft w promocji Windows 95 (ktoś to jeszcze pamięta?).

Sześć lat po Stonesach (dla matematycznie upośledzonych: w roku 1987), zespół The Cult nagrał najlepszą w swoim dorobku płytę „Electric”, na której znalazł się kawałek “Love Removal Machine”. Piosenka The Cult jest nieco szybsza, ale zwróćcie uwagę na podobieństwo początkowego riffu w obu utworach. Plagiat, czy nie?

The Rolling Stones ...

The Rolling Stones …?

Stonesi:

 

The Cult:

czy The Cult?

czy The Cult?

Kolejna ciekawostka:

Legenda grunge’u Nirvana i ich legendarna płyta “Nevermind” (A.D. 1991). Na płycie: “Come As You Are” – spory przebój.

Tylko, że początkowy riff niepokojąco przypomina riff z utworu “Eighties” kapeli Killing Joke, nagranego, zgodnie z tytułem, w latach osiemdziesiątych (dokładnie w roku 1985). Pikanterii wszystkiemu dodaje fakt, że „Eighties” to najbardziej znany utwór Killing Joke.
Killing Joke wytoczyli Nirvanie proces o plagiat, ale po śmierci Kurta Cobaina (lider Nirvany), pozew został cofnięty.

Nirvana:

Killing Joke:

Nirvana ...?

Nirvana …?

czy Killing Joke?

czy Killing Joke?

A teraz kilka podobieństw z rodzimego podwórka:

Czy utwór Paulli „Od dziś”:

nie przypomina nieco “Wonderfull tonight” Erica Claptona?

Niektórzy znajdują też podobieństwo “Orła cień” zespołu Varius Manx:

i “High Hopes” Pink Floyd:

W przypadku posądzenia o plagiat muzyczny, często się zdarza, że procesy wszczynają mało znani wykonawcy przeciwko wykonawcom znanym. I zazwyczaj piosenka posądzona o plagiat odniosła sukces, w przeciwieństwie do piosenki, która miała zostać splagiatowana. Ciekawe, co powoduje, że sukces odnosi tylko jeden z tych utworów, pomimo, że oba oparte są na tym samym pomyśle muzycznym?

Nebelwerfer

P.S. Na fotografii tytułowej: słynna katastrofa sterowca Hindenburg. Sterowce, od nazwiska ich konstruktora, nazywane są Zeppelinami. Na szczęście w przypadku Led Zeppelin, plagiatowej katastrofy nie było.

Źródło fotografii: wikipedia.

Komentarze

5 komentarzy do “Magia plagiatu”
  1. kasta says:

    A co do sukcesów…..nie każdy jest na niego gotowy w danym miejscu i czasie i przychodzi czasem dużo później lub w zupełnie innej dziedzinie życia niż by człowiek chciał… / to tak od strony duchowej…/

  2. kasta says:

    Wysłuchałam…i co mi przyszło na myśl:
    1. Paulla i E. Clapton – nie tylko pachnie mi cover,em , ale i do tego głosem E. Górniak…/cóż za podobieństwo… w tym przedziale dźwięków/
    2. Co do Nirvany i Killing Joke – w zasadzie porównałabym to do sytuacji wspomnianej przez Ciebie…o utworze F. Chopin,a. i ..,, Lulajże …,,
    Takie rzeczy mają miejsce w wielu utworach…tyle, że nie każdy zwraca uwagę na takie niuanse /przypadkowe=pod/nie-świadome lub celowe działanie/
    3. ekstra możliwość… dogadanie się twórców – poza plecami publiki – co do wykorzystania czyjejś twórczości w całości lub fragmentarycznie – a wywołanie afery wokół czegoś- ma za zadanie wzbudzić zainteresowanie w celach komercyjnych…

  3. kasta says:

    Kradzież męża/żony nie jest co prawda plagiatem, ale jest za to ulgą…z powodu zgubionego poroża – odczuwaną natychmiastowo 🙂 lub po jakimś czasie….
    Prawdziwi wielbiciele – wielbią np. muzykę i zwykle daleko im do pogardy wobec ,,plebsu,, , bo żyją w świecie zupełnie innych od/u-czuć…
    Uczucia/działania niskich lotów to domena m.in plagiatorów.
    Plagiat podświadomy może oznaczać fenomen, gdy nie związane ze sobą osoby w różnych rejonach czaso-przestrzeni wymyślą tą samą = podobną rzecz…co ma miejsce, gdy ludzie funkcjonują na podobnych ,,częstotliwościach,, umysłu / umownie – ta sama bajka /.
    A co do kwestii ostatniego pytania…usilne starania o osiągnięcie egoistycznego celu kosztem innych a nie własnym wysiłkiem zwykle kończą się fiaskiem…wcześniej lub później…
    Nieznane mi utworki odsłucham jutro… Trochę ich się nazbierało…z racji mojego plebejskiego pochodzenia i przerwy w ,,nasłuchu,, 🙂

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Tak, tylko że fenomen odkrycia przez dwie osoby dokładnie tego samego nie jest plagiatem. Plagiat to celowe przywłaszczenie autorstwa. Więc nie ma tu mowy o podświadomości.

      1. kasta says:

        Niewątpliwie masz rację co do samego pojęcia plagiat.
        Miałam na myśli to, iż użycie słowa ,,podświadomy,, można interpretować nieco inaczej/ niekoniecznie w związku ze specjalistyczną terminologią psychologiczną/…stąd takie a nie inne powiązanie, które wyklucza istnienie plagiatu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *