intro

Mary Komasa



Przyszedł czas, aby z tzw. polecenia w moim odtwarzaczu wylądowała niejaka Mary Komasa – Pani, o której nigdy wcześniej nie słyszałem. No dobrze, tak naprawdę w odtwarzaczu wylądowała tylko Jej płyta. O ile z zasady nie czytam książek pisanych przez kobiety, to muzycznie nie jestem już tak ortodoksyjny. Co prawda uważam, że ciekawe muzycznie rzeczy tworzone przez kobiety to absolutne wyjątki, ale od tych wyjątków nie uciekam.

Mary Komasa – brawo za zachowanie nazwiska (bo z imieniem już tak dobrze nie poszło). Następna przynudzająca Dido, albo jęcząca Tori Amos?

Na szczęście nie. I na szczęście nie kolejna laska, której wydaje się, że jedynym instrumentem na świecie jest fortepian, do którego trzeba rzewnie zawodzić. Lub gitara, przy której zawodzenie jest równie rzewne. Dlatego instrumentarium jest zadziwiająco bogate, nawet z werblami w kawałku nr 3.

Spodziewałem się smutów, ale jest i smutno, i różnorodnie. I wiele się dzieje, chwilami robi się nawet rockowo. W sumie dobrze, bo lubię smutną, a czasami nawet chorą muzę, ale jedenaście jednakowych kawałków o tym, że ktoś się z kimś rozstał i generalnie jest źle, ludzie są źli, zupa się przypaliła, a w dodatku ktoś ma okres – byłoby dość trudne do przejścia. Zwłaszcza ten okres. Więc jest różnorodnie – od smutasów, przez rocka, do popiny. Nie wiem, czy taki był zamysł od początku, czy na razie jest to szukanie własnego stylu, ale mnie to nie przeszkadza. Płyta jest równa. Nie ma jednego super – kawałka, ciągnącego (dwuznacznie mówiąc) całą płytę (jak np. „Supergirl” na „Tuesday” Reamonn – diabli wiedzą, skąd to skojarzenie) lub wręcz będącego synonimem całej płyty (którego dobrym przykładem jest także „Supergirl”, bo nie chce mi się wymyślać innego przykładu), ale nie ma też zapchajdziury. Nawet odstający klimatem od pozostałych, mechanicznie grany i śpiewany (a w zasadzie skandowany) kawałek nr 4 ma swój urok już od drugiego przesłuchania.

A więc, po kolei (nie chciało mi się przepisywać tytułów poszczególnych kawałków i wszelkie reklamacje z tym związane nie będą uwzględniane):

Nr 1 – jest smutno i nostalgicznie.

Nr 2 – zaczyna się cicho i szepcząco, ale okazuje się, że laska potrafi i porządnie wrzasnąć. To na razie chyba mój ulubiony kawałek z tej płyty.

Nr 3 – wychodzi rockowy pazur.

Nr 4 – kawałek fabryczno – mechaniczno – industrialny. Kłania się „Metropolis”. Takie skojarzenie bez sensu, bo film jest niemy, a tu dźwięki kojarzą się z obrazem. Poza tym mało kto ten film widział (A.D. 1927!), nawet we fragmentach w teledysku do „Radio Ga Ga” Queen. Ciekawe, czy oglądała go p. Mary/Maria?

Nr 5 – zwiewnie i onirycznie.

Nr 6 – dla jednych zapewne pieśń Murzynów, ścinających trzcinkę na plantacji – pewnie ostatnie chwile, gdy ktoś zagonił ich do roboty. Dla mnie – nowa i mniej surowa wersja „Well of Misery” Nicka Cave’a, którą nazywam pieśnią galerników, gonionych batami do wiosłowania. U Cave’a było więcej batów niż u p. Mary. A w tle jakieś dziwne skojarzenia z psychodelią i Janis Joplin.

Nr 7 – najbardziej upopiony i chyba największy potencjał komercyjny.

Nr 8 – znowu skojarzenie z Nickiem Cave’em, zwłaszcza z płytami „The Good Son” i „Boatman’s Call”. Trochę wyje, ale jest dobrze.

Nr 9 – jakieś lata ’60 krążą w powietrzu.

Nr 10 – bardzo fajny gitarowy patent z „kołyszącym się” dźwiękiem. Nie wiem, jak to się nazywa i nie zamierzam sprawdzać. A sam kawałek – bardzo dobry.

Nr 11 – piękna, smutna klamra, spinająca całą płytę.

Jeśli chodzi o sam głos i sposób śpiewania p. Marii, to nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z Siouxsie Sioux, np. z tego kawałka (aczkolwiek p. Maria ma ciemniejszą barwę głosu):

https://www.youtube.com/watch?v=wtJIvqA6g6o

Generalnie: jest dobrze. Ta płyta to nie jest killer, rozwalający na kawałki i pokazujący coś przełomowego w myśleniu (akurat myślenie to nie o mnie) o muzyce, tak jak w moim przypadku było np. z „Doolittle” Pixies, „Nephilim” Fields of the Nephilim, „Angel Dust” Faith No More, a z babskiego grania – „Hounds of Love” Kate Bush, czy z nowszych rzeczy „Blues Funeral” Marka Lanegana, albo „Reflektor” Arcade Fire.

Ale będę wracał do tej płyty i czekam na następną.

Zresztą płyta ma potencjał komercyjny, o czym świadczy fakt, że nausznie przekonałem się, że jeden z kawałków był grany i reklamowany w empiku.

Aha, płyta nie ma tytułu, więc nie chodzi o to, że w totalnym lenistwie nie chciało mi się go podać.

Nota bene zacząłem słuchać tej płyty po przypomnieniu sobie najlepszej płyty Kwasożłopów, więc zrobiła się ciekawa odmiana.

“Soy un perdedor

I’m a loser baby so why don’t you kill me?”

To akurat nie jest cytat z Kwasożłopów, ale tak mi się jakoś przypomniało, sam nie wiem, czemu. Zresztą świetny kawałek. Tytułu nie podaję, wszyscy i tak znają, a niektórzy nawet się utożsamiają.

Na jutubie można znaleźć wywiad z p. Mary, który dla osoby nieprzygotowanej (tak jak ja) może być sporym zaskoczeniem. Pani sprawia wrażenie osoby naprawdę ciekawej, inteligentnej (szok!) i nietuzinkowej. Takiej, z którą warto przegadać pół nocy o wszystkim i o niczym. A potem niczego z tej rozmowy nie pamiętać, ale i tak uznać, że czas poświęcony na rozmowę nie był czasem straconym.

Nebelwerfer

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Mary Komasa”
  1. Olfaktoria says:

    Opis płyty brzmi zachęcająco. Z chęcią zapoznam się z twórczością tej Pani! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *