intro

Nie jestem Charlie. Nie jestem Francuzem.



Po ponownych zamachach w Paryżu (ponownych – po zamachach ze stycznia tego roku, w których zaatakowano m.in. redakcję pisma „Charlie Hebdo”), cały (prawie) świat postanowił się solidaryzować z Francją i Francuzami.

Oczywiście, solidarność przybiera formy kosztujące jak najmniej wysiłku. Na poziomie państw: walniemy iluminację w trzy kolory na budynkach, które i tak są oświetlane. Na poziomie indywidualnym: zapalimy znicz pod francuską ambasadą w czasie niedzielnego spaceru, zmienimy obrazek na fejsie i popatrzymy na mądre komenty w TV, a w tym czasie uraczymy się chilijskim winem (bo jest tańsze od francuskiego).

Otóż ja współczuję rodzinom ofiar, ale z Francją absolutnie nie zamierzam się solidaryzować. Bolesna prawda niestety głosi, że w dużej części za zamachy odpowiada sama Francja. I jakoś trudno mi uwierzyć, że we Francji nagle obudził się niedźwiedź, skoro do tej pory zachowywała się jak pani, dająca wiadomo co, wszystkim, jak leci.

Po pierwsze:

Francja uczestniczy w beznadziejnie głupiej polityce, polegającej na próbie wprowadzenia w państwach arabskich rządów „demokratycznych”. Główny zarzut pod adresem Francji dotyczy przede wszystkim interwencji dokonanej w Libii w 2011 r., w wyniku której doprowadzono do upadku Kaddafiego oraz wsparcia antyrządowej rebelii w Syrii.

Francuzi czynnie interweniowali w trakcie wojny domowej w Libii, nie tylko wysyłając samoloty, wymuszające istnienie strefy z zakazem lotów i bombardujące pozycje wojsk Kaddafiego (i naruszające tym samym mandat ONZ, obejmujący tylko zakaz lotów, a nie ataki na cele naziemne), ale także wysyłając instruktorów, szkolących wojska rebelianckie, co już nijak się miało do jakiegokolwiek mandatu. Wiele osób twierdzi, że bez wsparcia zewnętrznego, rebelia przeciwko Kaddafiemu nie miała szans na powodzenie. W rezultacie, obecnie Libia jest tworem, o których niewiele wiadomo, poza tym, że biją się tam wszyscy ze wszystkimi. Przy czym nie do końca wiadomo, kto z kim się bije i dlaczego. Tym samym jest idealną wylęgarnią wszelkich ekstremizmów, z ekstremizmem islamskim na czele. A ekstremizmy mają to do siebie, że lubią być ekspansywne i wylewać się na zewnątrz. I to tylko przypadek, że ostatnie zamachy w Paryżu zostały dokonane (prawdopodobnie) przez Syryjczyków. Równie dobrze mogliby to być Libijczycy. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.

Z kolei w Syrii Francuzi oficjalnie ograniczyli się do działań tylko politycznych przeciwko prezydentowi al-Asadowi. Jak jest nieoficjalnie – może nawet nie wiedzieć (lub nie chcieć wiedzieć) prezydent Hollande. Samuel Laurent, francuski autor książki o ISIS („Kalifat terroru”), jako podstawowy zarzut wobec władz francuskich, stawia dozbrajanie antyasadowej opozycji – w tym przekazania im przeciwpancernych pocisków kierowanych Milan. Bo ta broń wcześniej, czy później i na różne sposoby (kupiona, przekazana, ukradziona, zdobyta) i tak trafiła do ISIS.
Ale nawet gdyby francuskie wsparcie ograniczało się do tylko do politycznego popierania syryjskiej opozycji, to świadczy o głupocie i krótkowzroczności. Popieranie skłóconej, niepewnej, niewyrazistej w zakresie poglądów opozycji, nie jest dobrą opcją. Zwłaszcza, że duża część tzw. Wolnej Armii Syrii przeszła na stronę ISIS.

Poza tym trzeba uświadomić sobie jedną, może niezbyt wygodną prawdę:

Demokracja może i jest super systemem, ale w niektórych kulturach i obszarach po prostu się nie sprawdza. Tak jest właśnie w krajach arabskich. Stabilne kraje arabskie to monarchie (Arabia Saudyjska, Maroko, Jordania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt), dyktatury (Irak za Husajna, Libia za Kaddafiego) lub kraje pozornie demokratyczne, a w istocie autorytarne (Syria do chwili rebelii, Egipt za Mubaraka). Czyli względny pokój panuje tam, gdzie naród trzymany jest krótko, a wszelkie ekstremizmy gniecione są w zarodku, bez oglądania się na demokratyczne prawa i wolności przysługujące oskarżonym. O Magna Charta Libertatum nikt tam nie słyszał, a jeśli nawet słyszał, to nie śmie o tym pisnąć.

Próba przeszczepienia do krajów arabskich demokracji na wzór zachodni (a na tym polegało poparcie dla tzw. „arabskiej wiosny” w 2011 r.) doprowadziła do totalnego burdelu i niepewności, co z tego chaosu się wyłoni. Bo efektem „arabskiej wiosny”, którą popierać mogli tylko kompletni idioci (a sądząc po pełnych zachwytu przekazach medialnych, imię ich Legion), było totalne zdestabilizowanie krajów, w których wybuchła i zwiększenie zagrożenia terrorystycznego. Mówiąc brutalnie: dopóki islamiści byli twardo trzymani za mordę, nie mieli szans na prowadzenie żadnej działalności. A o zamordyzm, nawet w pseudodemokracji, jest zdecydowanie trudniej niż w dyktaturze.

Skutki „arabskiej wiosny” są następujące:

Libia stała się kipiącym, nieprzewidywalnym tyglem.

Egipt w wyniku „arabskiej wiosny” wyniósł do władzy prezydenta wywodzącego się z islamistów, który prezydenturę zaczął od wezwań do mordowania chrześcijańskich Koptów – a do tych wezwań ochoczo się zastosowano. Dopiero wojskowy zamach stanu pozbawił go władzy i sytuacja jako tako została opanowana. Jako tako oznacza m.in. bombę w rosyjskim samolocie lecącym nad Synajem.

W Tunezji zamach z marca tego roku ponownie wprowadził zamieszanie i rozsadził przemysł turystyczny, co za obalonego w 2011 r. prezydenta było nie do pomyślenia.

Jordania wystąpienia w trakcie „arabskiej wiosny” zdławiła w zarodku i póki co, jest tam spokój.

No i Syria.

W Syrii wojna domowa cały czas trwa i końca jej nie widać. Co więcej, gdyby nie wojna w Syrii, najprawdopodobniej nie powstałoby ISIS.

Z Syrią jest kłopot z bardzo prozaicznej przyczyny: Syria zawsze była antyizraelska. Syria brała udział w wojnie sześciodniowej z Izraelem w 1967 r. (w jej wyniku utraciła na rzecz Izraela rejon Wzgórz Golan) i w wojnie Yom Kippur w 1973 r. (ta wojna utrzymała terytorialne status quo z okresu po wojnie sześciodniowej). Ze względu na strategiczne znaczenie tych Wzgórz, Syria nigdy nie zrezygnuje z pretensji do nich, a Izrael nigdy nie zgodzi się na ich zwrot, tak jak zrobił z Półwyspem Synaj, zdobytym na Egipcie w wojnie sześciodniowej i zwróconym po układach w Camp David w 1978 r. Pomijam kwestię, że na Wzgórzach Golan są winnice, w których produkuje się doskonałe izraelskie wina, np. Yarden.

Z uwagi na stałe antyizraelskie nastawienie Syrii, USA nigdy nie udzielą pomocy prezydentowi al-Asadowi, tak jak obecnie wspierają Egipt. Tymczasem popieranie al-Asada to jedyny sposób na opanowanie tam sytuacji. Al-Asad jest alawitą. Cechą charakterystyczną tego odłamu islamu jest to, że alawitą nie można zostać, a jedynie się urodzić – w alawickiej rodzinie. Alawici nie mogą więc konwertować innych na swoją religię. W efekcie, w Syrii za rządów obu al-Asadów (ojca i syna) panowała względna swoboda religijna – nie do pomyślenia nie tylko w ISIS, ale także w znacznej części innych krajów, w których islam jest religią państwową. Widzieliście jakiś kościół w Arabii Saudyjskiej?

Po drugie:

Francuska polityka imigracyjna. Francja jak dotąd wpisywała się w ślepą politykę imigracyjną, polegającą na wpuszczaniu do siebie wszystkich imigrantów, co nijak ma się do prawa Unii Europejskiej. Zresztą politykę przyjmowania taniej siły roboczej zaczęła już po przegranej wojnie w Algierii. Przy czym w przypadku ostatniej fali imigracji, określenie „robocza” jest mocno na wyrost. Lepszym chyba określeniem byłoby, że jest to siła „zasiłkowa”, bo nie o pracę, a głównie o zasiłki im chodzi.

Problem z imigrantami polega jednak na tym, że tak się nieszczęśliwie złożyło, że o ile nie wszyscy wyznawcy islamu są terrorystami, to wszyscy terroryści dokonujący zamachów w Europie okazali się wyznawcami islamu i mordują z imieniem Allaha na ustach. Nawet jeżeli stanowią niewielki odsetek wszystkich wyznawców islamu, to nie można ich lekceważyć. Jeśli tzw. ekstremiści stanowią 1% imigrantów, to jeżeli do Unii przybyło 200.000 imigrantów, to ten 1% stanowi 2.000 osób. Czy to dużo, czy mało? Zamachowców we Francji było ośmiu.

Poza tym, jak odróżnić „dobrych” imigrantów od „złych”? I jak zagwarantować, że spokojny wyznawca Allaha nagle nie poczuje zewu dżihadu i nie wysadzi się w najbliższym kościele albo na stadionie. Odpowiedź jest okrutna: nie ma możliwości odróżnienia „dobrych” od „złych”, nie ma gwarancji, że ktoś nagle nie stanie się ekstremistą. Twierdzących, że jest to możliwe, należałyby wysłać na Marsa, żeby tam opowiadali swojej bajki. Opowieści p. Kopacz o selekcji imigrantów były klasycznym zamiataniem problemu pod dywan, próbą mydlenia oczu społeczeństwu i ukrycia, że Polska nie jest zdolna do prowadzenia własnej polityki i wyrażania twardo swojego zdania.

Problem imigrantów można rozwiązać tylko w jeden sposób: nie wpuszczać nikogo. Inaczej skończymy jak starożytni Rzymianie, zalani przez hordy barbarzyńców.

Zresztą Francuzom polityka imigracyjna odbija się podwójną czkawką, bo zdaje się, że zamachowcami byli zarówno imigranci, jak i potomkowie imigrantów, urodzeni już we Francji. Czyli mają groźny element zarówno napływowy, jak i osiadły. Ktoś przytomnie zauważył, że jeżeli zamachowcami byli Francuzi, to Francja powinna bombardować Paryż, a nie Syrię.

Po trzecie:

Czy aby na pewno Francja jest wspaniałym przyjacielem Polski? Takim, że należałoby się z nim solidaryzować w nieszczęściu?
W polityce nie ma sentymentów, a symbole mogą co najwyżej pięknie wyglądać w telewizji i robić wrażenie na bezmózgich dziennikarzach.

Próbuję sobie przypomnieć jakieś przypadki okazywania nam przyjaźni przez Francję (nie przez pojedynczych Francuzów) i jakoś nic do głowy mi nie przychodzi, może poza Wielką Emigracją. Utworzenie Księstwa Warszawskiego? Ale to miało na celu tylko osłabienie Rosji i Austrii i dostarczanie Napoleonowi doskonałych żołnierzy. Przyjęcie polskich żołnierzy po kampanii wrześniowej? Ale wcześniej była „dziwna wojna” i złamanie układów sojuszniczych, przewidujących atak na Niemcy.

Prezydent Francji jakoś nie zdobył się nawet na gest przybycia na pogrzeb prezydenta Kaczyńskiego, choć jeśli nawet samoloty nie mogły wtedy latać, to mógł przyjechać pociągiem. Przypominam, że na tym pogrzebie był prezydent tak nielubianej przez niektórych Rosji (Miedwiediew).

Więc wcale nie uważam Francuzów za wielkich przyjaciół. Za wielkich bufonów, przekonanych o własnej wielkości (która już dawno się skończyła), to i owszem, zresztą taką opinię ma o nich większość świata.

Czyli z kim mam się solidaryzować?
Z krajem żyjącym mirażem dawnej wielkości i przypominającym, jakim mocarstwem był przed I wojną światową? Ale mirażami nikt jeszcze żadnej wojny nie wygrał. My też w XVI wieku byliśmy mocarstwem. I co z tego?
Z krajem prowadzącym obłędną politykę zagraniczną i wewnętrzną?
Z krajem, w którym bandzior ma 8 wyroków sądowych na karku, ani razu nie siedział w więzieniu i w końcu łaskawie wysadził się w zamachu, przestając sprawiać kłopoty wymiarowi sprawiedliwości?

I obawiam się, żeby czasem walka z terroryzmem nie skończyła się, jak po zamachu na „Charlie Hebdo”, czyli walką za pomocą:
1) pacyfy w kształcie wieży Eiffla,
2) filtrów na fejsie w barwach francuskiej flagi,
3) budynkami oświetlonymi w trzy kolory,
4) hasztagami na Twitterze,
5) marszami milczenia,
6) okładkami „Charlie Hebdo”.

Tymczasem wróg jest bezwzględny. Za nic ma życie – nie tylko innych ludzi, ale także swoich wyznawców. Morduje jeńców, pali ich żywcem, zabija i gwałci kobiety. Nie szanuje żadnych praw, przyjętych wśród cywilizowanych narodów.

Nie jestem Charlie.
Nie jestem Francuzem.
Na tytułowym obrazku nie ma i nie będzie francuskiej flagi.
Jestem Nebelwerfer.
Feuer!

11028800435_817a4ee6f8_c

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *