intro

Pierwszy raz (w sądzie)



Stan dziewictwa jest zazwyczaj stanem przejściowym i wcześniej (w dzisiejszych czasach coraz wcześniej) lub później traci je (prawie) każdy. Można przy tym na boku pozostawić takie przypadki, jak dziewica orleańska, bo w końcu po 600 latach nie sposób ustalić, jak tam z nią naprawdę było. Stan dziewictwa jako stan przejściowy dotyczy także dziewictwa sądowego. Wcześniej lub później w zasadzie każdy zostanie przez sąd rozprawiczony – czyli pojawi się w sądzie. Na szczęście w sądzie krew leje się rzadko, więc wielkiej tragedii być nie powinno.

Mnogość spraw, jakie mogą być rozstrzygane w sądzie powoduje, że sąd odwiedzi w zasadzie każdy – w różnym charakterze, rzecz jasna. A różnorodność spraw jest ogromna: od spraw tak banalnych, jak stwierdzenie nabycia spadku, czy niezapłacone faktury na nędzną kwotę 2.000.000 zł, przez określenie zasad sprawowania opieki nad dzieckiem po rozwodzie (a może by bachora przeciąć na pół, żeby było sprawiedliwie?), po gwałt zbiorowy ze szczególnym okrucieństwem na osobie wybitnie nieletniej.

Ponieważ wychodzę z założenia, że oszczędzanie nie zawsze się sprawdza, poniższy poradnik (a w zasadzie informacja, co może nas czekać) dotyczy wyłącznie osób wzywanych do sądu w charakterze świadka. Jeśli ktoś został wmotany w sprawę sądową w innym charakterze (powoda, pozwanego, wnioskodawcy, uczestnika, oskarżonego itd.), to niestety, najlepszą rzeczą, jaką może zrobić, to odżałować ciężko lub lekko zarobione prawne środki płatnicze (pospolicie nazywane pieniędzmi) i dać zarobić prawnikowi. Ewentualnie wystąpić o ustanowienie pełnomocnika z urzędu. Cechą googlowych poradników w stylu „Jak tanim kosztem wygrać sprawę” lub „100 sposobów na skuteczne napisanie pozwu” jest bowiem tylko nabijanie dużej ilości odsłon, a nie rzeczywista korzyść z ich stosowania. Jeśli pomimo tego, ktoś jednak zdecydował się z nich skorzystać, niech tam szuka porad. Powodzenia!

Ponieważ jednak pierwsza wizyta w sądzie może zostawić trwałe ślady (przede wszystkim w psychice), poniżej mini poradnik, którego celem jest przede wszystkim zminimalizowanie możliwości wystąpienia tych trwałych śladów.

A więc do rzeczy.

Obowiązek

Trzeba pamiętać o jednym: jeśli świadek dostanie wezwanie do stawienia się w sądzie, jest zobowiązany się stawić. Czyli jeśli na pisemku sądowym znajdzie się magiczne wyrażenie: „stawiennictwo obowiązkowe,” to niestety, nie ma zmiłuj i pójść trzeba. Bo konsekwencje zignorowania takiego wezwania mogą być bolesne finansowo (grzywna nałożona przez sąd) lub wizerunkowo (przymusowe doprowadzenie do sądu przez policję). Co prawda możliwa jest sytuacja, gdy przedstawicieli prawa ktoś gości średnio raz na tydzień i dodatkowa wizyta wrażenia nie zrobi, a wręcz jest wizerunkowo korzystna (twardziel!), niemniej jednak nie wszyscy dumni są z hasła „JP na 100%” i należy mieć to na uwadze.

Usprawiedliwienie

Oczywiście może się zdarzyć, że „nie możemy” przyjść na rozprawę. Przyczyny niemożności mogą być najróżniejsze: od przeszczepu wątroby, przez urlop, do romantycznej randki, spotkania w knajpie z kumplami (choć te dwa ostatnie przypadki dotyczą raczej pory wieczornej, kiedy sądy w zasadzie nie pracują) lub stanu po spotkaniu z kumplami, pospolicie nazywanym kacem.

Ale generalnie zasada jest prosta: jedynym „żelaznym” dokumentem, usprawiedliwiającym nieobecność, jest zaświadczenie o chorobie wystawione przez lekarza sądowego. Tylko ten dokument pozwoli nam na uniknięcie negatywnych konsekwencji, związanych z nieobecnością. Reszta zależy już, jak to się mówi, od uznania sądu.

Czyli zaświadczenie od lekarza innego niż sądowy może, ale nie musi skutecznie nas usprawiedliwić. Zwłaszcza, jeśli grypę stwierdzi ginekolog.

Skuteczne bywa powołanie się na zaplanowany urlop – ale tu też gwarancji nie ma.

Jeżeli naszą nieobecność planujemy z góry (choroba raczej nie wchodzi tu w grę, chyba, że mowa o operacji, na którą czekamy od 7 lat – dzięki ci, NFZ-cie!), to warto sąd o tym fakcie uprzedzić. Ale nawet jeśli nie uprzedzimy, to kiedy już skutecznie w końcu się w sądzie pojawimy (a nie miejmy złudzeń – wcześniej, czy później, to nastąpi), możemy się usprawiedliwić bezpośrednio przed sądem na sali rozpraw.

A teraz konsekwencje: za nieusprawiedliwione niestawiennictwo w sądzie grozi grzywna do 3.000 zł (za każdą nieobecność), ewentualne przymusowe doprowadzenie przed sąd przez policję. Jeśli ktoś szuka miłego towarzystwa, to może rozważyć tę ostatnią opcję, ale wizerunkowo może być on mało korzystna.

Dokument wezwania

Dobrze jest mieć ze sobą doręczone nam wezwanie na rozprawę. Poza kwestią zapominalstwa (kurczę, nie zapisałam numeru sali!), czasami dostęp do budynku sądowego jest ograniczany wyłącznie dla osób, posiadających wezwania do sądu. Zdarza się to w przypadku, gdy trafimy akurat na dzień, w którym w „naszym” sądzie odbywa się głośny proces, które gawiedź i banda dziennikarzyn chętnie obejrzałaby osobiście. W takim przypadku dostęp do budynku sądu może być limitowany.

Godzina

Na wezwaniu z sądu powinna być wskazana data i godzina, na którą musimy się stawić oraz numer sali (i adres sądu, of kors). Pomimo tego, zawsze lepiej być wcześniej. W niektórych sądach (np. w stolicy) często zdarza się, że podany numer sali to nie numer sali rozpraw, lecz sekretariatu sądu. Więc kiedy zdyszani, z jęzorem u pasa, dotrzemy na 5 piętro (winda akurat w remoncie), to może okazać się, że zderzymy się z fascynującą informacją, że rozprawa, na którą zostaliśmy wezwani, odbędzie się w sali na pierwszym piętrze. Jak widać, planowanie z wyprzedzeniem jest często czynnością przekraczającą możliwości sądowych sekretariatów. Podobnie jak wysłanie listu na właściwy adres.

Możliwe jest także, że topografia budynku sądowego jest taka, że znalezienie właściwej sali byłoby prawdziwym wyzwaniem nawet dla Indiany Jonesa, a GPS niewiele tu pomoże. Tak bywa w „dużym” sądzie w Warszawie w Al. Solidarności 127, a jeszcze gorzej jest w sądzie na ul. Kocjana 3, gdzie „sklejono” dwa budynki byłego więzienia i przerobiono na sąd, a numeracja sal i ich położenie to prawdziwy koszmar z Elm Street.

Ubiór

Stosowny. To nie wesele ani pogrzeb, ani tym bardziej bankiet u prezydenta, więc fraki, smokingi, strollery i żakiety (u Panów) lub wykwintne sukienki koktajlowe i szpilki z odkrytymi paluchami (u Pań lub ex-Panów) są naprawdę nie na miejscu. Z drugiej strony byłem świadkiem (czyli wiedziałem i słyszałem, a nie procesowo występowałem jako świadek), gdy sąd op…… świadka, który gustownie ubrał się trzypaskowy dresik i buciki do kompletu. Odpowiedź na burę, dotyczącą niestosownego stroju, brzmiała: „To co, mam przyjść bez ubrania?” Odpowiedź ze wszech miar słuszna, jednak, aby unikać zadrażnień, lepiej przyjść w stroju nie nazbyt uroczystym, ale też nie nazbyt pospolitym. A przede wszystkim, czystym i schludnym. Buty wyczyszczone (a o to zawsze warto się postarać), koszula odprasowana (j.w.), a spodnie bez dziury na dupie, nawet jeśli dupa jest kształtna, a dziura to ostatni krzyk chorej mody. Ot, po prostu, odziać się stosownie do powagi sądu.

Dla mnie super! Ale tego poglądu może nie podzielić smutny pan (a zwłaszcza pani) z orłem na łańcuchu na szyi

Dla mnie super! Ale tego poglądu może nie podzielić smutny pan (a zwłaszcza pani) z orłem na łańcuchu na szyi

Zostań gwiazdą

Z ubiorem wiąże się kolejna sprawa: większość rozpraw w sądach jest obecnie nagrywana. Nagrywany jest dźwięk, ale także czasem obraz. Więc z jednej strony można poczuć się jak prawdziwa gwiazda, z wycelowanymi w naszą stronę kamerami i mikrofonami. Ale z drugiej strony świadomość możliwości nagrania obrazu powinna nas zdopingować do większej dbałości o wygląd. Byle nie przesadzić i nie namalować sobie trzeciej pary brwi. Ale przede wszystkim świadomość nagrywania powinna nas ustrzec przed dodatkowymi nerwami i opowiadaniem głupot.

Bramki

Nie chodzi, rzecz jasna o bramki z boiska do piłki kopanej, ale o bramki wykrywające metale. Spotkamy je przy wejściu do prawie każdego sądu. Co prawda nie w każdym sądzie ochroniarze się nimi przejmują. Generalnie im mniejszy sąd, tym mniejsze zainteresowanie tymi bramkami. Ale nigdy nie wiadomo. Dlatego trzeba być przygotowanym na przetrzepanie z przedmiotów metalowych i raczej nie zabierać ze sobą wojskowego bagnetu – nawet jeśli to jest przynosząca szczęście pamiątka po dziadku, co w okopach padł.

Szatnia

Z tym bywa różnie. W niektórych sądach jest, w innych jej rolę pełni wieszak wciśnięty w kąt sali rozpraw, w innych nawet o takich udogodnieniach można zapomnieć. Ale jeżeli jest (o co warto zapytać ochroniarzy przy wejściu), to lepiej z niej skorzystać. Po co się stresować opieprzem po wejściu na salę rozpraw? A taki może nas spotkać.
No i oczywiście, wychodząc warto zgłosić się po nasz przyodziewek. Chyba, że chcemy wzbudzić zainteresowanie, paradując w samej koszuli przy dziesięciostopniowym mrozie.

Kibelek

Ponieważ nigdy nie wiadomo, ile czasu spędzimy w sądzie (patrz niżej), zawsze lepiej „na zapas” skorzystać z toalety. Choć będąc już na sali rozpraw, w sytuacji grożącej eksplozją, zawsze możemy poprosić o chwilę przerwy i pofrunąć do kibelka.

Oczywiście powyższa porada nie odnosi się do Indian, szczególnie tych o imieniu Żelazny Pęcherz. Albo Żelazne Jelito. Howgh!

Dokument tożsamości

Bez tego ani rusz. Może to być dowód osobisty, paszport lub jakikolwiek inny dokument ze zdjęciem. Jak zapomnimy, niechybnie czeka nasz powtórna wizyta w sądzie, bo bez identyfikacji, sąd nikogo nie przesłucha. Kto nie ma w głowie, ten musi mieć w nogach.

Wejście smoka

O tym, czy sala rozpraw jest właściwa, przekonamy się po wiszącej obok wejścia do sali tzw. wokandzie, czyli liście spraw, rozpoznawanych przez sąd w danym dniu. Zazwyczaj jest papierowa, a czasami także elektroniczna. I tu uwaga: jeżeli na wersji papierowej postawiony jest przy „naszej” sprawie ptaszek, to znaczy, że została ona już wywołana i właśnie się odbywa. A więc – spóźniliśmy się. Trzeba więc wtedy szybko wparować na salę i zameldować, że co prawda z opóźnieniem, ale udało nam się dotrzeć.

Salowa etykieta

Powiedzmy sobie szczerze: twierdzenie o sędziach jako elicie narodu, jest równie prawdziwe, jak twierdzenie, że elitą są posłowie lub że poliester jest szlachetnym materiałem do szycia ubrań. Otóż sędziowie są takimi samymi ludźmi, jak cała reszta narodu. Więc zawsze może się zdarzyć, że trafimy na kogoś, kto wstał lewą nogą, wylał kawę na nowe spodnie i pokłócił się z żoną, znajdującą się w stanie przed, po lub w trakcie okresu. Lub zakompleksionego osobnika płci żeńskiej o podwójnym nazwisku, ze wszystkich sił starającego się ukryć nieszczęsny kompleks pierwszego pokolenia, które wyrwało się ze wsi i poszło na studia. W takim przypadku niewłaściwe zachowanie na sali, a zwłaszcza „proszę pani” rzucone w stronę sędzi (bo dopełniacz rodzaju żeńskiego od słowa „sędzia” to „sędzi”, nie „sędziny”), może spotkać się z nieprzyjemną i nerwową reakcją drugiej strony. Nie ma co liczyć na przypadek, który spotkał mnie niedawno: stary sędzia, średnio co trzy minuty poprawiał panią, która uparcie zawracała się do niego „proszę pana”. A przesłuchanie trwało 1,5 godziny. Do tego trzeba mieć klasę i dystans, a więc cechy w wybitnym zaniku.

A więc do rzeczy:

Sprawa jest wywoływana przez protokolanta (czyli wychodzi młody człowiek i krzyczy: „sprawa z powództwa ……”, albo „wszyscy wezwani na sprawę ……”). Wszyscy, którzy zostali wezwani, wchodzą na salę.

Wchodząc witamy się (dzień dobry) – to nie boli i nie jest zabronione.
Wchodząc, stajemy na środku sali na wprost sądu (bo jesteśmy świadkiem). Sąd sprawdza obecność wszystkich, którzy przyszli, a następnie wyprasza wszystkich świadków, czyli także nas.
Wychodzimy i czekamy pod salą. Wyproszenie było tylko chwilowe.
Następnie sąd wzywa po kolei świadków. Wynika to z zasady (wprost wyrażonej w przepisie), że świadek, który jeszcze nie zeznawał, nie może przysłuchiwać się zeznaniom innych świadków.
Kiedy sąd nas wezwie (wzywa ponownie protokolant), wchodzimy na salę i podchodzimy do barierki na środku sali.
Robimy, co każe sąd, a ten każe przede wszystkim się przedstawić, podać wiek (Panie nie są z tego zwolnione), zawód (warto się na to przygotować, bo bywają z tym kłopoty), stan karalności (chodzi tylko o karalność za fałszywe zeznania, włamania do sklepów z alkoholem w warunkach recydywy nie mają w tym wypadku znaczenia) oraz wylegitymować się dowodem tożsamości.
Do sądu zwracamy się zawsze „wysoki sądzie”, niezależnie od wzrostu sędziego. A wzrost osoby siedzącej za stołem i tak nie jest łatwo ocenić.
Na pytania odpowiadamy zawsze sądowi, niezależnie od tego, kto je zadał. Czyli jeżeli pytanie pada z bocznej ławy (zadane np. przez powoda lub pozwanego), odpowiadając na nie zwracamy się zawsze do sądu – tak jakby zadał je sam sąd.

Po zakończeniu przesłuchania, możemy zostać na sali (opcja dla wścibskich) lub pójść sobie na „great wide open”.
Wychodząc, żegnamy się (do widzenia).

Przyrzeczenie

Może (ale nie musi) zdarzyć się, że sąd odbierze od nas przyrzeczenie. Kiedy to zrobi, a kiedy nie – zapytajcie swojego prawnika. Jeśli przyrzeczenie będzie odbierane to:
1. nie czekamy, aż ktoś nam przyniesie nam Biblię, żebyśmy położyli na nią łapę – to nie amerykański film,
2. powtarzamy dokładnie za sędzią słowa przyrzeczenia.

I tyle.

Koszty stawiennictwa

Nasza wizyta w sądzie może wiązać się z poniesieniem kosztów. Zwłaszcza przy dojeździe z innej miejscowości. Dlatego możemy domagać się zwrotu kosztów od sądu. Sąd co prawda powinien o tym pouczyć, ale jeżeli zapomni, to poniżej krótkie zasady:

Świadek może domagać się zwrotu kosztów dojazdu do sądu i zarobku, utraconego wskutek konieczności stawienia się w sądzie. Istotne jest, że koszty te przysługują za samo stawienie się w sądzie. Nie ma znaczenia, czy doszło do przesłuchania świadka, czy też nie. Wniosek powinien być złożony (ustnie lub na piśmie) nie później niż w terminie 3 dni od dnia rozprawy.

Czas spędzony w sądzie

Mówiąc krótko: niemierzalny. Musimy być przygotowani na to, że w sądzie możemy spędzić zarówno 5 minut, jak i 5 godzin. Jeśli np. sąd zapomniał zawiadomić o rozprawie jedną ze stron, to spędzimy 5 minut. Z drugiej strony, opóźnienia wcześniejszych spraw mogą spowodować, że „trochę” sobie pod salą posiedzimy. Więc poza dłubaniem w nosie, warto mieć ze sobą jakiś zapełniacz czasu: a to gazetę, a to telefonik z dostępem do fejsa (przy czym na wifi w sądzie raczej bym nie liczył), a to zestaw do szydełkowania.

Niby zabawka i wypełnia czas, ale do sądu jednak nie polecam

Niby zabawka i wypełnia czas, ale do sądu jednak nie polecam (źródło zdjęcia: Wikipedia)

Nebelwerfer

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Pierwszy raz (w sądzie)”
  1. kasta says:

    No fakt…do szydełka trochę tej zabawce brakuje…chociaż jest niejakie podobieństwo…Nie tylko w kwestii robótek ręcznych ;)..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *