intro

Sceny z życie prawnika. Klienci (2)



W ramach rozrywek klasyfikacyjnych, dokończenie prób sklasyfikowania co ciekawszych lub dziwniejszych kategorii klientów, nawiedzających prawnicze progi.

Cwaniak

Cwaniakowi wydaje się, że wszystko wie lepiej. Poprawka: wszystko wie najlepiej. Wszystkich zrobi w jajo i jeszcze się z tego wykręci. Ma mnóstwo olśniewających pomysłów na prowadzenie biznesu i uniknięcie nadmiernego opodatkowania, łącznie z wnoszeniem do spółek aportów w postaci dwóch krzeseł i biurka, wartych łącznie 1.000.000 zł („przecież tego i tak nikt nie sprawdzi!”). Prawnika odwiedza tylko formalnie, aby utwierdzić się w swoich błyskotliwych i jedynie słusznych przekonaniach. Cwaniak po prostu lubi mieć publiczność, której może pokazać, jak genialną jest osobą, nawet jeżeli jest to publiczność jednoosobowa i tak nędzna, jak prawnik.

Cwaniak nie lubi, kiedy sprowadza się go na ziemię i wykazuje, że nie wszystkie jego genialne pomysły są tak genialne, jakby mu się to wydawało. Dlatego może to być powodem konfliktu z prawnikiem, który nie będzie się bał powiedzieć, ile w rzeczywistości warte są pomysły cwaniaka. Zresztą nawet jeżeli będzie się bał, to bolesna prawda wcześniej, czy później wyjdzie na jaw. Czasami pod postacią Urzędu Kontroli Skarbowej, czasami zwykłego komornika, a dla szczególnie zasłużonych – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o czwartej nad ranem.

Cwaniak jest często roszczeniowy. W końcu nie po to płaci prawnikowi, żeby ten mu mówił, czego nie wolno lub czego nie da się zrobić. Więc często domaga się rzeczy równie prawdopodobnych, jak podniesienie kwoty wolnej od podatku, zmiana ordynacji wyborczej do Sejmu na większościową, czy powrót ostatniej fali emigrantów do Polski. I często rozstaje się z prawnikiem oburzony nie tylko „jakością” obsługi prawnej, ale i wysokością żądanego wynagrodzenia, którego oczywiście płacić nie zamierza.

Sknera

Sknera może wystąpić w kombinacji z którymkolwiek pozostałych rodzajów klientów, jak i być zwykłym klientem, tyle że kutwą i centusiem. Sknera szuka każdej okazji, żeby jak najmniej zapłacić prawnikowi, negocjuje (oczywiście w dół) i szuka dziury w całym („Dlaczego mam płacić za rozprawę, które trwała 5 min.? Co z tego, że musiał pan jechać 300 km w jedną stronę?”)

Sknera nie lubi także płacić w terminie. Bo i po co? Prawnik i tak nie ma odwagi powiedzieć mu, gdzie jego miejsce. A jego miejsce nie jest raczej tam, gdzie rozsnuwa się zapach róż i dojrzewa cytryna.

Zadziwiające jest to, że sknera wcale nie musi być biedna. Po prostu sknerstwo ma we krwi. Ze sknerą jest jak z kurwą (nie mylić z dziwką): to bardziej stan ducha niż rzeczywistego dawania dupy za pieniądze.

Artysta

Górnolotne coś, stworzone do wyższych celów niż zarabianie pieniędzy, np. artystycznego fotografowania bąków puszczanych przez Eskimosów na mrozie. Chodzi oczywiście o bąki rozumiane jako chmury gazu cieplarnianego. Owady (fachowo zwane trzmielami) długo na mrozie by nie pociągnęły. Nie pociągnąłby także długo artysta fotografujący na mrozie takie owady: czekałaby go szybka śmierć przez rozszarpanie, a egzekutorem byłby Greenpeace do spółki z Towarzystwem Ochrony Trzmiela Pospolitego Pospolicie Nazywanego Bąkiem.

Jednakże artysta nagle wskutek olśnienia, namowy lub zwyczajnego braku pieniędzy postanowił zająć się biznesem. I zstąpił na ten padół łez, i stąpa wśród maluczkich. Efekt tego jest różny. Artysta zazwyczaj jest rozgarnięty jak kupa śmieci i jest ponad tak przyziemne kwestie jak dbanie o porządek w papierach, pamiętanie o terminach, czy przynoszenie kompletu dokumentów. Artysta zdaje sobie sprawę, że potrzebna mu jest pomoc w sprawach przyziemnych i dlatego też chętnie z prawniczej pomocy korzysta.

Kapitalnie wyglądają pisane przez artystę dokumenty, to prawdziwe dzieła sztuki prymitywnej. Nawet używając komputera, artysta dba o to, aby jego dokumenty były prawdziwym rękodziełem. Stąd też akapity wykonuje dzielnie przesuwając tekst spacją. Z kolei żeby uniknąć znudzenia odbiorców, używa różnego rodzaju i rozmiaru czcionki i nigdy nie zniża się do robienia tabeli – w końcu linie proste zaprzeczają idei sztuki. Powiedzmy sobie szczerze: gorzej sformatowane teksty można spotkać tylko wśród informatyków, przy czym informatycy nie mają artystycznego zacięcia. Zacięcia po goleniu też zresztą raczej nie, gdyż hołdują zasadzie wyglądu „na lumpa” Niektórzy nawet nie hołdują tej zasadzie, tylko lumpami są.

Artysta często i niezależnie od płci wykazuje się czysto kobiecą cechą dostawania okresu: po okresach całkowitej ciszy i spokoju, artysta często miewa pełen napięć, przypomnień, energii i nerwowości, okres załatwiania spraw do tej pory niezałatwionych. Wtedy niezbędna jest wytężona prawnicza praca na rzecz artysty. Ale w końcu praca pod presją nie jest niczym nadzwyczajnym. Zdecydowanym minusem pracy z artystą jest to, że pomimo, że zaszczyca on ziemię swoją twórczą obecnością, to nadal siedzi gdzieś na Parnasie. Stąd też niczym nadzwyczajnym nie są propozycje np. spotkań z prawnikiem w piątek o 20.00, które jednak należy stanowczo odrzucić, o co artysta zazwyczaj nie ma pretensji. Oczywiście, nie ma reguł uniwersalnych i jeżeli artysta jest płci drugiej i w dodatku ładnej, to propozycja spotkania niezależnie od pory dnia, jest warta rozważenia.

Artysta w sumie nie jest najgorszym klientem, zwłaszcza, że wobec prawniczej bandy przyjmuje albo postawę czołobitną („Panie Mecenasie”), albo familiarną („Panie Sławku”). Trzeba po prostu zawsze wziąć poprawkę na jego roztrzepanie.

Lachon

Są takie rzadkie chwile w życiu prawnika, gdy jego klientem zostaje prawdziwy lachon. Lachon jest oczywiście płci wybitnie żeńskiej. Płci odpowiednio zaokrąglonej i zadbanej. I na drugi plan schodzi fakt, że lachon przychodzi z nierozwiązywalnym problemem indosowania weksla nie na zlecenie. Co sobie popatrzymy, to nasze. Rzadkość występowania lachona powoduje, że preferowane powinny z nim być częste kontakty bezpośrednie. Niestety, lachon (zwłaszcza bardzo młody) często występuje w krzyżówce z polskim słupem lub słupodzieckiem i na wszelkie spotkania przychodzi z (mniej lub bardziej) sakramentalnym (mniej lub bardziej) małżonkiem – oczywiście dużo starszym, za to będącym spiritus movens biznesu. Zdecydowanie ogranicza to możliwość jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu z lachonem, ale nawet w takiej sytuacji – co sobie popatrzymy, to nasze. Należy tylko unikać zbyt rozanielonej miny – zwłaszcza w obecności szanownego małżonka.

Zasadnik

Przeciwieństwem zasadnika nie jest kwaśnik, bo nie o kwasy i zasady tu chodzi, a o posiadanie zasad i ich stosowanie.
Występuje w odmianie sensu stricto i sensu largo.

Człowiek z zasadami sensu largo to przede wszystkim szczęśliwy adresat mandatu za wykroczenie drogowe, który odmówił jego przyjęcia. Z nieznanych przyczyn, otrzymanie mandatu traktowane jest jako kamień obrazy i budzi lwa w największej ciamajdzie. Osobnik taki gotów jest „dla zasady” poświęcić czas swój, czas prawnika i pieniądze, byle nie zapłacić 100 zł za parkowanie na zakazie. Stopień świętego oburzenia i zacietrzewienia jest w tych sprawach kompletnie nieproporcjonalny do wysokości kary. W sumie to niezłe pole do popisu dla psychologów. A i prawnicy mogą zarobić.

Natomiast człowiek z zasadami sensu stricto to obecnie rzadkość. Trochę taka skamieniałość. Człowiek z zasadami dotrzymuje danego słowa, płaci w terminie, jeżeli obiektywnie nie może zapłacić – nie ściemnia, uważa, że powinna obowiązywać zasada równego traktowania. Ale nie tylko: człowiek z zasadami może także uważać, że jeżeli ktoś zachował się wobec niego nie fair, to należy odpowiednio potraktować taką osobę. Niekoniecznie oko za oko, ząb za ząb, ale np. oczy za oko, zęby za ząb. Czyli jak ktoś go palnie bejsbolem, to może dostać strzałem z bazooki. Człowiek z zasadami nie baczy przy tym na koszty realizacji swoich zasad. Czyli na nim także prawnik może zarobić. A że zazwyczaj jego zasady mają charakter uniwersalny i trudno się z nimi nie zgodzić, odpada problem chowania sumienia do kieszeni. Może się tylko pojawić problem zbytniego osobistego zaangażowania ze strony prawnika. W podnieceniu i szale krucjatowym można zapomnieć o ustaleniu swojego wynagrodzenia, co byłoby niedopuszczalne.

„Internałta”

Czynny korzystacz z internetu, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii prawnych. Więc swoją działalność opiera na internetowych wzorach pism i umów – byle darmowych. Dlatego „internałta” często jest także sknerą.

Kiedy już pojawi się problem, „internałta” śledzi internetowe informacje dotyczące swojego problemu. Dlatego na spotkanie z prawnikiem przychodzi przygotowany i w czasie spotkania rzuca mądrościami w stylu: a w necie napisali coś innego. W końcu dogłębnie rozpoznał problem. A że rozwiązanie to internetowe śmieci – tego już nie jest w stanie rozpoznać. Przy takim sposobie działania może pojawić się pytanie, po co w ogóle „internałta” korzysta z pomocy prawnika, skoro tak doskonale znajduje rozwiązania w sieci. Odpowiedź jest banalnie prosta: bo pojawia się u prawnika dopiero wtedy, gdy internetowe recepty na wszystko okazują się równie skuteczne jak trzykrotne splunięcie przez lewe ramię na czyraki.

Słup

W prawie podatkowym słupowanie nazywane jest firmanctwem. Słup występuje w dwóch odmianach: polskiej i zagranicznej. Charakterystyczne cechy odmiany zagranicznej powodują, że można uznać go za klienta wyłącznie sensu largo.

Obowiązujące u nas zasady odpowiedzialności w spółce z ograniczona odpowiedzialnością, związane przede wszystkim z tym, że członkowie zarządu – po spełnieniu pewnych warunków – odpowiadają jednak za zobowiązania spółki, spowodowały dużą popularność słupów zagranicznych.

Słup zagraniczny jest zazwyczaj osobnikiem płci męskiej, pochodzącym zza wschodniej granicy, którego spotkał zaszczyt zostania prezesem zarządu w polskiej spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.

A więc za odpowiednim wynagrodzeniem – standardową flachą wódy lub nieco więcej – słup zagraniczny łaskawie zgadza się złożyć kilka własnoręcznych podpisów i stanąć u steru spółki. Oczywiście krótka wizyta u notariusza jest zazwyczaj pierwszym i ostatnim kontaktem słupa z „jego” spółką. Spółką steruje bowiem ktoś zupełnie inny, już z polskim paszportem. A o resztę niech martwią się wierzyciele. Miałem do czynienia ze słupem, który nie znał kodu pocztowego swego miejsca zamieszkania, bo: „przecież nie piszę do siebie listów”. Skoro sam słup nie ma takich informacji, to tym bardziej nie będą mieli ich inni.

Słupa zagranicznego trudno uznać za klienta. Prawdziwym klientem jest ten, kto tego słupa wynalazł i mu zapłacił.

Słup polski, czyli tzw. twarz biznesu.

Ten typ klienta pojawia się, gdy z różnych powodów, z których odpowiedzialność za zobowiązania jest ważnym, ale nie jedynym, ktoś zamierza sterować biznesem „z tylnego fotela”. Czyli nie zakłada działalności gospodarczej (sorry, za kolokwializm), lecz ktoś inny robi to za niego. Nie zostaje także broń Boże członkiem zarządu w spółce z o.o. – także znajduje kogoś innego na to ważne stanowisko. Słupem polskim zostaje więc często matka, żona, córka, konkubina, zwykła kochanka lub wręcz stara przyjaciółka. I od razu wyjaśnienie: konstrukcja, w której mózgiem jest osobnik płci męskiej, a słupem osobnik płaci żeńskiej nie jest wyrazem moich seksistowskich poglądów (choć takie mam), tylko obserwacją rzeczywistości. Nie spotkałem się z sytuacją, gdy słupem zostawał ojciec, mąż, syn lub przyjaciel, a biznesem sterowała przedstawicielka płci przeciwnej. A układy kochanków lub konkubentów płci męskiej pozostają całkowicie poza jakimkolwiek moim zainteresowaniem.

Słup polski często zbliżony jest do dziecka, gdyż ma ograniczone rozeznanie „o co w tym wszystkim chodzi”. Choć zdarzają się słupy w miarę kumate i zdające sobie sprawę, że horda wierzycieli chętnie takiego słupa rozszarpie. Powoduje to duże słupie rozterki i wzmożoną chęć korzystania z pomocy prawnika – co należy tylko pochwalić i uczcić stosowną fakturą.

Psychol

Każdy prawnik spotkał co najmniej jednego psychola. Choćby patrząc w lustro. A jeśli nie spotkał, to znaczy, że z lustra nie korzysta, a goli się (dotyczy w większości, choć nie jedynie, panów) metodą wyłącznie dotykową. Ewentualnie jako lumberjack level master zamiata brodą podłogę.

Częstotliwość spotykania psycholi każe się głęboko zadumać nad kondycją psychiczną narodu. Z drugiej strony, pokażcie mi kogoś, kto byłby wzorcowym przykładem braku odchyłów psychicznych. W końcu nawet Gandhi poza nicnierobieniem (do czego dorobił ideologię, że to niby opór, tylko bierny) brał lekcje tańca.

Ale psychol to poziom wyżej. Podstawową cechą psychola jest roztrzęsienie. Roztrzęsienie stałe lub pojawiające się w chwili ataków. Roztrzęsienie psychiczne, a w skrajnych przypadkach – także fizyczne.

Roztrzęsienie psychola związane jest nie tylko z maksymalnie nasilonym przeżywaniem przez niego problemu, z którym dotoczył się do prawnika (co jest cechą nawiedzonego – vide niżej), ale także maksymalnie nasilonym przeżywaniem wszystkiego. Jego roztrzęsienie przenosi się na każdy organ, komórkę i synapsę. Atak histerii na sali sądowej (byłem świadkiem takiego) nie jest niczym nadzwyczajnym.

Psychol jest chyba najgorszym rodzajem klienta. Wszystko, co zrobimy, zdaniem psychola było zrobione źle lub zbyt mało, o wszystko ma pretensje, choćby o zbyt odległy termin rozprawy (jakbyśmy mieli wpływ na tempo pracy sądów). Wszystko, co idzie nie po myśli psychola (zakładając, że opanował on proces myślenia), jest oczywiście spowodowane naszym złym lub opieszałym działaniem. A oczywiście większość rzeczy idzie nie po jego myśli. Psychol nie przyjmuje do wiadomości, że czegoś zrobić się nie da lub że coś jest bez sensu.
Psychol to prawdziwy mistrz roszczeniowej postawy.

Z powyższych względów współpraca z psycholem (o ile ktoś w totalnej desperacji na taką się zdecyduje) wymaga nadludzkiej koncentracji i anielskiej cierpliwości. Należy z góry liczyć się z tym, że współpraca z psycholem może być krótka i zakończyć burzliwie. Psychol uwielbia zmieniać prawników, bo ciągle jest z nich niezadowolony. Autentyczny cytat z jednego z prawnika: „Mój klient wykańcza kolejnego pełnomocnika”. Tym kolejnym pełnomocnikiem był oczywiście sam autor tych słów. Można powiedzieć, że psychol to taka prawnicza Niedopchnęcja. Problem w tym, że dopchnąć go nie sposób.

Nawiedzony

Nawiedzony nie musi być groźny jak psychol, choć występuje w odmianie łagodnej i ostrej – zupełnie jak keczup. Przy czym odmiana ostra niebezpiecznie blisko zbliża się do psychola. Nawiedzony ze swojej sprawy uczynił cel w życiu i oczekuje od wszystkich, w tym przede wszystkim od swojego prawnika, że będą mieli analogiczny układ życiowych celów. Takie oczekiwanie świadczy o dużej naiwności, bo generalnie zdrowym odruchem jest mieć na pierwszym miejscu listy priorytetów porządne upodlenie się w knajpie, a dla spraw zawodowych zarezerwować okolice piątej dziesiątki.

Zazwyczaj jest tak, że problem nawiedzonego toczy się na wielu płaszczyznach i związany jest z prowadzeniem wielu postępowań. Sprawy nawiedzonego rozmnażają się jak króliki lub pączkują w tempie geometrycznym jak jamochłony. Dlatego nawiedzony potrafi maksymalnie umęczyć cytowanymi z pamięci stwierdzeniami, że np. w sprawie II Ds. 34/12 na czwartej stronie zeznań świadka Zenobiusza K. znajduje się stwierdzenie, które może, ale nie musi potwierdzać, że Ziemia jest płaska. I stoi to w oczywistej sprzeczności ze zdaniem piątym w zeznaniach tego samego świadka, złożonych w sprawie I C 85/13, sugerujących kulistość tejże Ziemi. Więc aby nie skompromitować się nieznajomością tych megaistotnych szczegółów, musimy niestety przytakiwać. Co w sumie jest dość proste, bo nawiedzony potrzebuje publiczności, uwielbia długie przemowy i nie lubi, gdy się mu przerywa.

Generalnie przebywanie z nawiedzonym pozwala nam doskonale wyćwiczyć pożądaną cnotę cierpliwości.

Dziecko Wilhelma Tella

Co tu dużo mówić. Są tacy ludzie, do których chciałoby się strzelić. I to od pierwszego kontaktu. Tak jak Wilhelm Tell do swojego syna. Tylko strzelić celnie, a nie jak Wilhelm haniebnie spudłować i uszkodzić jabłko. A strzelić najlepiej w mordę. Umiejętność wk…iania wszystkich wokół, takie osoby opanowały do perfekcji. I niezależnie od płci takiego „dziecka” (choć przeważają, niestety, Panie), pięść zaciska się sama, a scyzoryk otwiera. Działa to chyba na poziomie feromonów, kwarków, bozonu Higgsa, czy zwykłej telepatii. Jeszcze takie „dziecko” nie otworzy paszczy, albo wydobędzie z siebie raptem dwa zdania, a już ma się ochotę strzelać. Przebywanie z taką osobą w jednym pomieszczeniu wymaga maksymalnego skupienia i spokoju godnego św. Wawrzyńca pieczonego na ruszcie lub co najmniej wszystkich indyjskich fakirów. Oczywiście stan przebywania w jednym pomieszczeniu z „dzieckiem” może zostać rozwiązany poprzez wyrzucenie „dziecka” kopniakami (wariant umiarkowany) lub celny i definitywny strzał, rozwiązujący problem nasz i wszystkich naszych potencjalnych następców (wariant zdecydowanie preferowany). Samowydalenie, jako wariant zdecydowanie tchórzowski, absolutnie nie powinno być brane pod uwagę.

Nebelwerfer

Komentarze

4 komentarze do “Sceny z życie prawnika. Klienci (2)”
  1. kasta says:

    A do której grupy ,klientów, zaliczyłbyś Siebie? Hi,hi 😉

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Musiałbym utworzyć nową kategorię 🙂

      1. kasta says:

        Pewnie jednoosobowa…. 🙂

        1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

          Nie inaczej! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *