intro

Wielkie spędy Polaków. Długi łikend



Media społecznościowe nie sprzyjają gromadzeniu się ludzi w jednym miejscu, ani nawiązywaniu bezpośrednich kontaktów. Rozwój mediów jest dla tych dwóch czynników zabójczy. Lepiej prowadzić bogate i spreparowane życie na fejsie, wrzucać do sieci dziubki wszelakie z wywalonym jęzorem i doznawać wirtualnych uniesień na widok setek lajków, niż spotkać się z kumplami i przyziemnie oraz miło nawalić w knajpie. Orgazm wirtualny bywa dla niektórych więcej wart niż rzeczywisty. Aż dziw, że są osoby, które nie zadawalają się wyłącznie wirtualnym jedzeniem. Tym większe zdziwienie budzi fakt masowej mobilizacji Polaków w czasie owczych spędów. A spędy te mają to do siebie, że odbywają się nie wirtualnie, ale czysto fizycznie i ogarniają większość narodu jeszcze mieszkającego w wiślanym grajdole. Bywają bowiem takie okresy, kiedy Polacy bez względu na wszystko postanawiają albo gdzieś wyjechać, albo świetnie się bawić, albo próbować połączyć oba te sposoby spędzania czasu. Chciałoby się napisać, że są to miłe sposoby na spędzanie czasu, ale wcale nie jest to oczywiste. Wręcz przeciwnie.

Spędy Polaków można podzielić na dwie grupy: wyjazdowe i imprezowe.

Spędy wyjazdowe związane są przede wszystkim ze świętami powszechnie uważanymi za takie, które święcić należy, oraz tzw. długimi łikendami. Na szczęście/nieszczęście niewiele jest świąt do obowiązkowego świętowania, w dodatku świętowania w gronie rodzinnym. Z długimi weekendami jest gorzej, gdyż ich spora ilość powoduje, że znacznie większe jest prawdopodobieństwo nerwówki związanej z obowiązkowym wyjazdem w tym czasie. Ale po kolei.

Na pierwszy ogień idzie długi łikend.

Czym jest długi łikend? Za długi weekend uważana jest każda kombinacja soboty i niedzieli z innym dniem ustawowo wolnym od pracy. Ten inny dzień wolny od pracy może być piątkiem lub poniedziałkiem (co może dać weekend co najmniej trzydniowy i pozwala oszczędzić na urlopie), jak również każdym innym dniem powszednim w tygodniu.

Przy czym o ile od czasów Einsteina wiadomo, że czas jest względny, o tyle od czasu pojawienia się wynalazku w postaci długich łikendów wiadomo, że względna może być też długość. Bo długi weekend to minimum trzy dni, a maksimum – nieskończoność. Bo co nam szkodzi przy okazji trzydniowej laby rzucić robotę w cholerę i zająć się czymś bardziej pożytecznym? Ale zazwyczaj sprytne zabiegi wyczerpuje kombinacja długiego łikendu z urlopem, nie przekraczająca jednego tygodnia.

Czyli jeżeli święto wypada w środę, to bierzemy urlop w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek i mamy cały wolny tydzień. Brzmi genialnie, prawda? Wykorzystując „tylko” cztery dni urlopu, zapewniamy sobie niezapomniane, wyjazdowe przeżycia. Mało kto zwraca uwagę, że zysk jest albo czysto pozorny, albo niewielki (oszczędziliśmy zaledwie jeden dzień urlopu, a zmarnowaliśmy, jak się poniewczasie okaże, cztery dni), ale obowiązek wykorzystania długiego weekendu zostaje odbębniony. Nie będziemy należeli do frajerów kiszących się w domu i szukających wolnego miejsca na jakimkolwiek seansie w kinie, byle tylko czymś zapełnić czas. Bo hasło długi łikend powoduje masową mobilizację wśród narodu. Żeby nie być cieniasem, wyjechać musi każdy – nieważne dokąd, nieważne z kim i w sumie mniej ważne jest, gdzie. Ważne, żeby właśnie wtedy ruszyć odwłok. Jesteśmy cool tylko wtedy, gdy wyjechaliśmy. Najlepsze są oczywiście najbardziej popularne i lanserskie miejsca wakacyjnego wypoczynku. Czyli wykonana z użyciem kija od szczotki samojebka na Krupówkach ze śmierdzącymi serami w tle i dzikim tłumem w dresikach z trzema paskami jest jak najbardziej o.k. Natomiast piękne zdjęcie rynku w Zamościu świadczy o totalnym frajerstwie lub – co gorsze – pochodzeniu z tego pięknego miasta, nie wiedzieć czemu uważanego za prowincjonalne. Zdjęcie na sopockim molo jest zawsze super, nawet jeśli właśnie obsrała nas mewa, a w kadr wlazł grubas żrący kebaba. Efektu tego natomiast nie osiągniemy 10 km na północ od mola. Nasze zdjęcie na pokładzie O.R.P. „Błyskawica” uznane zostanie za obciach (pojechał z wycieczką szkolną, czy co?) i nie pomogą nawet tłumaczenia, że obok „Błyskawicy” zacumowany jest w Gdyni także „Dar Pomorza”, na którym także byliśmy, a tak w ogóle, to byliśmy w drodze do Sopotu.

Z lansowaniem się trzeba jednak być ostrożnym. Zdjęcie wykonane przy drodze może zostać zakwalifikowane jako lans osoby wykonującej najstarszy zawód świata, a taki efekt niekoniecznie musi być efektem przez nas pożądanym. Nawet jeśli ktoś na ten rodzaj lansu się złapie.

Pojemność każdego miejsca jest jednak ograniczona, nawet w przypadku wykorzystania fizycznego prawa mówiącego o tym, że podgrzanie roztworu nasyconego powoduje, że staje się on nienasycony. Dlatego nawet palące w sierpniu słońce nie spowoduje znaczącego zwiększenia ilości miejsc noclegowych, może z wyłączeniem miejsc dla miłośników przyczep kempingowych, namiotów i innych tego typu wynalazków. Dlatego też o ile miejsca najpopularniejsze są najlepsze, aby swą obecnością w nich wykazać brak łikendowego frajerstwa, o tyle ich pojemność jest ograniczona. Dlatego naród rozlewa się po całej Polsce i jeśli nie udało się zahaczyć o grajdół pod Tatrami, to przynajmniej trzeba nawiedzić Kurozwęki lub Kórnik. Oby tylko ktoś przez pomyłkę nie trafił do kurnika. Można także bryknąć za granicę, gdzie nasz długi łikend nie musi mieć takiego charakteru, ale tę opcję w tych rozważaniach pomijam.

Tak więc naród nasz wybrany (tylko diabli wiedzą, do czego) opętany został koniecznością wyjazdu właśnie w długie łikendy. Jest to zdumiewające tym bardziej, że w zasadzie wszystko przemawia przeciwko ruszaniu dupy właśnie wtedy.

Ale rozważmy plusy i minusy długołikendowych wojaży, bo a nóż się okaże, że większość ma rację.

Minusy wyjazdów w długie łikendy są zazwyczaj następujące:

Ceny

Jeśli ktoś chce zorientować się, co oznacza pojęcie ceny kosmicznej, to wyjazd w łikend długi jest do tego idealną okazją. Hotelarze i spółka w czasie długich weekendów śrubują ceny do granic możliwości. Mało: za zacne kwoty oferują pokoje, delikatne mówiąc, mało atrakcyjne. Więc sprzedają się także noclegi w pokojach z kapitalnym widokiem na wylot kuchennej wentylacji, z łóżkiem, w którym pośrodku sterczy sprężyna i w hotelu odległym od plaży w linii prostej o 3 km, bo w linii rzeczywistego dojścia/dojazdu jest to już tylko 4,5 km. Czyli pokoje, których w innym niż długi łikend czasie nawet nie rozważalibyśmy jako miejsce 15-minutowego pobytu, o jednorazowym noclegu nawet nie wspominając. A wszystko to w cenach adekwatnych do szczytu szczytów sezonu, czyli najdroższych w roku.

I nikt nie zwraca uwagi, że tydzień później ceny są o jeną trzecią niższe. W końcu kto zabroni bogatemu, a w każdym razie lanserskiemu?

Tłok i ścisk

Tłok i ścisk są wszędzie. Pociągi zatłoczone są do granic możliwości. O ile jazda Pendolino w takich warunkach to pół biedy (można w nim kupić wyłącznie bilet na numerowane miejsce siedzące, więc nikt nie koczuje miedzy fotelami), o tyle w starszych pociągach może nas spotkać jazda bez trzymanki w postaci tłumów na korytarzach. I nawet jeśli nie my znajdujemy się w tym korytarzowym tłumie, to wymuszona wizyta w kiblu może wymagać popisów ekwilibrystycznych lub będących rajem dla wielbicieli froteryzmu. A jeszcze przebić się trzeba przez tłum na dworcu i peronie i gdzieś umieścić bagaż. O problemach z nabyciem biletu na miejsce siedzące nawet nie wspominam, żeby nie kopać leżących.

Ale sam dojazd to dopiero początek. W zapełnionych do granic możliwości hotelach trwa bitwa na resztki jedzenia ze śniadania. Bo jeśli zdarzy nam się zejść na śniadanie o 8.30, marne mamy szanse na dostanie czegokolwiek poza okruszkami chleba. Podobnie z knajpami: oczekiwanie na wolny stolik bywa lekcją pokory i stoicyzmu. Na szczęście można czas oczekiwania umilić smartfonową aplikacją, pozwalającą na wyciskanie wirtualnych pryszczy. Bo własnych pryszczy publicznie wyciskać nie wypada.

A jeśli trafi nam się szczęście i pojedziemy w polskie Tatry, mamy szanse stać nie tylko w gigantycznej kolejce do kolejki na Kasprowy, ale także w gigantycznej kolejce, aby spod schroniska zejść nad samo Morskie Oko. Kto kiedykolwiek był nad Morskim Okiem, wie jak nieprawdopodobnie to brzmi, ale bywały w czasie długich łikendów i takie przypadki.

I znowu: tydzień później ludzi jest wszędzie mniej o co najmniej połowę, jeżeli nie o trzy czwarte. Ale widać w narodzie istnieje jakiś atawistyczny pociąg do tworzenia mrowisk.

Korki

Związane z punktem wyżej i dotyczące notorycznych zwolenników czterech kółek. Lub naiwnych, którzy nie lubią tłoku w pociągu, więc wybierają komfort własnego samochodu. I zamiast tłoku międzyludzkiego otrzymują tłok samochodowy w postaci korków. W czasie długich łikendów korki mogą pojawiać się wszędzie i być ponadstandardowej długości. O ile na bank będą na drogach wylotowych z miast, to mogą się też pojawić na normalnie pomijanych drogach lokalnych, wybieranych jako alternatywa największych wylotówek. Od kiedy mamy kilka autostrad, korki pojawiają się także na punktach poboru autostradowego haraczu. Plusem stania w korku jest duża ilość wolnego czasu. Nareszcie!

Brak możliwości spontanicznego wyjazdu.

Powyżej opisane minusy składają się na także ten. Jeśli 30 kwietnia wpadniemy na pomysł, żeby następnego dnia bryknąć gdzieś nad morze, to świadczy tylko o tym, że nasz anioł stróż chyba wyjechał na długi łikend. Skoro wszystko od tygodni (lub dłużej) jest pozajmowane, to w długie łikendy nie ma możliwości spontanicznego wyjazdu. I nie ma znaczenia, czy nasza spontaniczna inicjatywa zależna jest od pogody, czy naszego humoru. Po prostu zawsze wszystko i tak jest pozajmowane, wszędzie i tak będzie tłum dziki.

Plusy wyjazdów w długie łikendy:

Wyjeżdżając w długi łikend lądujemy w grupie współczesnych, nowoczesnych i mobilnych Polaków. Pokazujemy wspaniałe uśmiechy w modnych i interesujących miejscach. Nasze profile na insta i fejsie rozkwitają wspaniałymi fotami z milionami lajków. Czyli krótko: jesteśmy dupkami, ulegającymi owczemu pędowi, który każdy rozsądny człowiek ma w końcowym odcinku układu pokarmowego.
Innych plusów brak.
Stop! Plusem jest to, że wyludniają się miejsca stałego pobytu. Czyli daje się żyć i poruszać samochodem po takiej np. Warszawie.

Ilość i długość długich weekendów jest zmienna w każdym roku, ale przy najlepszym układzie długimi weekendami są:

Styczniowy – związany z Nowym Rokiem i Świętem Trzech Króli, przypadającym 6 stycznia. Zazwyczaj w taki łikend następuje próba lansowania się na stoku narciarskim w „modnych” miejscowościach, gdzie można przypiąć do nóg jedną lub dwie dechy. Niestety, związane jest to z dwiema niedogodnościami. Trudno uznać, aby w grajdole nad Wisłą były jakieś naprawdę na wysokim poziomie miejsca narciarskie. Więc jaki kraj, taki lans, i Szczyrk oraz Bukowina Tatrzańska muszą nam zastąpić Val-d’Isère lub Cortinę d’Ampezzo. Zaś pobyt w Małym Cichym lepiej przemilczeć, bo długi łikend polegać ma na tym, żeby było dużo i głośno. Na szczęście na narty jedzie się przede wszystkim, żeby pokazać się na stoku, a nie, żeby jeździć. Więc większość czasu najlepiej spędzić w knajpie, słusznie się nawalając grzańcem lub innym podobnym wynalazkiem. Zawsze mamy wtedy wymówkę, dlaczego nie jeździmy: przecież jazda po alkoholu jest skrajnie niebezpieczna. Niestety, opisany wyżej tłok i ścisk nie omija także knajp przy stokach, więc jedynym ratunkiem może być przyniesiona ze sobą, własnoręcznie napełniona piersióweczka.

Poza tym powiedzmy szczerze: odzież narciarska słabo się nadaje do lansu. Po pierwsze, w kasku i goglach (a zasady lansu nakazują ich noszenie) kiepsko widać, kto się pod spodem znajduje. Po drugie, sama odzież narciarska jest mało oryginalna i poza kolorem (np. różową kurtką w zielone i turkusowe ciapki) trudno kogokolwiek zaskoczyć lub powalić.

Majowy – czyli 1 i 3 maja. Najbardziej pożądany ze wszystkich, gdyż daje duże możliwości kombinacyjne, związane z jego przedłużaniem. Niestety, zasadą jest, że w łikend majowy pogoda jest do bani: albo zimno, albo piździ, albo leje. Tym większe zdumienie budzi desperacja, aby właśnie wtedy gdzieś wyjechać. Można się co prawda pochwalić samojebkami na słoneczku, z ponętnie obnażonym cielskiem. Niestety, może się okazać, że na zdjęciach nie uda się ukryć desperackich prób opanowania gęsiej skórki, bo np. w maju trafiła się nam temperatura 10 st. C.

Czerwcowy (zazwyczaj) – związany ze Świętem Bożego Ciała. Datowo przypada różnie, ale jest jednym z ulubieńców wszystkich Polaków, bo zawsze wypada w czwartek. Nie zawiedzie więc, jak niewierna kobieta, i nie zleje się z niedzielą, ku rozpaczy wszystkich potencjalnie świętujących. Czyli z wykorzystaniem jednego urlopodnia, są to cztery dni laby. Poza tym w czerwcu (a zazwyczaj wtedy przypada) jest przeważnie lepsza pogoda niż w trakcie majowego świętowania.

Sierpniowy – 15 sierpnia. Niby lubiany, bo w końcu jeszcze jest to lato. Niestety, sierpień zazwyczaj jest odczuwalnie chłodniejszy od lipca. No i święto jest tylko jednodniowe, co zdecydowanie zmniejsza radość z dnia wolnego. I żadnym pocieszeniem jest fakt, że jest to zarówno Dzień Wojska Polskiego, jak i święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Poza tym istnieje szansa, że 15 sierpnia przypadnie w niedzielę, a wtedy z łikendu nici.

Listopadowy – 1 listopada. W sumie najgorszy. Frekwencja wyjazdowa jest wtedy największa, w samochody wsiadają wszelkie dziwolągi unikające jazdy w inne dni w roku. Prawdopodobieństwo stłuczki lub obcierki z trzęsącym się dziadkiem w roli głównej znacząco rośnie. Prawdopodobieństwo korków na drodze przestaje być prawdopodobieństwem, a zaczyna być pewnością. Niestety, okazja jest taka, że nikt nie ma w głowie zabawy i balangowania. Wszyscy udają się na miejsca spoczynku ostatecznego. Choć niektórym pozostają odruchy z typowego długiego łikendu i radosna samojebka z cmentarza musi być!

Grudniowy – święta Bożego Narodzenia. Łikend długi, ale nieodczuwalny, bo wszyscy traktują go w kategoriach świąt rodzinnych, a nie w założeniu beztroskiej laby. A spędzanie świąt z rodziną nie zawsze bywa beztroskie. Poza tym w grudniu często nie ma jeszcze śniegu, a i temperatury bywają (jak w tym roku) wysokie, więc zamiast lansu na śnieżnym, można pokazać lans na błotnym stoku. A taki lans może spodobać się co najwyżej zwolennikom brunatnego koloru. Czyli raczej po zachodniej stronie Odry.

Nebelwerfer

P.S. Za inspirację do napisania tego tekstu – wielkie podziękowania dla Olfaktorii (www.olfaktoria.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *