intro

Wolny rynek nie istnieje (przynajmniej na lotnisku Chopina w Warszawie)



Swoim wpisem o mocno zawyżonych (delikatnie mówiąc) cenach żarełka na lotnisku Chopina w Warszawie, Kayah wywołała malutką burzę w sieci. Obok głosów pasażerów, wkurwionych, że za kawałek starej bułki ze zwiędłą cukinią trzeba tam zapłacić 20 zł, pojawiły się także głosy z drugiej strony barykady.

A więc: gdybyście, maluczcy, wiedzieli, jak wysoki musimy płacić czynsz, to od razu by wam zmiękła rura i skończyłoby się narzekanie. A poza tym, jest wolny rynek i jak się nie podoba, to wynocha żreć na mieście. Zwłaszcza, jeśli kogoś nie stać na nasze super jedzonko.

Otóż na naszej narodowej dumie, nazwanej lotniskiem Chopina, a kiedyś Okęcie, wolnego rynku nie ma i póki co – nie będzie. Wszyscy obrońcy śmieciowego żarcia sprzedawanego na tym lotnisku po zawyżonych cenach, pomijają jeden istotny szczegół: oburzenie na ceny nieadekwatne do jakości dotyczyło żarcia sprzedawanego w strefie odlotów. I odloty w nazwie tego miejsca bynajmniej nie wskazują, że można tam zażyć halucynogenne grzybki, lecz jedynie opisują strefę, w której zmuszeni są siedzieć wszyscy pasażerowie po dokonaniu odprawy bagażowej i przejściu przez kontrolę osobistą, przez którą nie można przenieść nawet butelki wody.

I kiedy już znajdziemy się w tej strefie dobrobytu i szczęśliwości, skazani jesteśmy na punkty gastronomiczne na miejscu, na chłam tam serwowany i odlotowe (nomem omen) ceny. Nie ma mowy o wypadzie na miasto, żeby zjeść taniej, no bo niby jak? Wyjścia nie ma, bo wychodzi się na miasto ze strefy przylotów. Chciałbym też zobaczyć odlotowca, próbującego do strefy odlotów zamówić pizzę z miasta. A ponieważ większość pasażerów jednak stara się być na lotnisku na wymagane 2 godziny przed odlotem, a sam lot nie trwa 15 minut, więc jedzenie jest ze wszech miar wskazane. Tyle tylko, że to, co jest nam oferowane, jest kiepskiej jakości i w cenach absolutnie nieadekwatnych do tego, co otrzymujemy. Bajeczki o gigantycznych lotniskowych czynszach można opowiadać naiwniakom wierzących w ekologiczność energooszczędnych świetlówek. Bo takie bajeczki w żaden sposób nie tłumaczą starego, odgrzewanego w mikrofali żarcia. Jeśli już płacę dużo, to chciałbym mieć poczucie, że zjadłem dobrze. Niestety, dominującym na Chopinie uczuciem, jest uczucie stosunku analnego, na który absolutnie nie wyraziłem zgody i w którym jestem, niestety, stroną pasywną.

Krążyło kiedyś po necie zdjęcia trawiastego lotniska (bodajże w Olsztynie), na którym stała tabliczka z napisem: „Uważaj, pilot może cię przelecieć i nawet tego nie zauważy”. Na Okęciu taka tabliczka jest zbędna: tam świadomie nas przelatują, a te przeloty odczuwamy w portfelach.

Wisienką na torcie są ceny sprzedawanej butelkowanej wody – nie tylko w punktach gastronomicznych, ale także w lotniskowych sklepach. Sorry, ale 7 zł za pół litra zwykłej wody mineralnej, to nawet naszym klimatem uzasadnić się nie da. Ani wysokimi czynszami, bo w warszawskiej Galerii Mokotów (a centra handlowe uchodzą za miejsca z mega wysokimi czynszami) w znanej sieci kawiarni, taka woda kosztuje 4,5 zł – wczoraj zrobiłem terenowe rozpoznanie. Z kolei na stacji benzynowej znanej wszystkim firmy z miasta na P. (stacje benzynowe uchodzą za śrubujące ceny), półlitrowa butelka mineralnej kosztowała 2,39 zł (wynik z rozpoznania przedwczoraj). Nawet nie sprawdzałem w supermarketach, żeby nie kopać leżącego. Z innej bajki: za litrową butelkę włoskiej wody mineralnej Acqua Panna w warszawskiej restauracji Atelier Amaro (jedyna polska restauracji, posiadająca gwiazdkę Michelina) zapłaciłem latem tego roku 18 zł. Za tę samą pojemność polskiej wody zapłacimy w kiosku (czy gdziekolwiek indziej) na lotnisku 14 zł – dostając dwie półlitrowe buteleczki do garści, a następnie pijąc „z gwinta”.

I co, łyso wam, uciśnieni lotniskowi najemcy?

Oczywiście w zakresie napojów, grzech pierworodny tkwi w przepisach, z durnych i wydumanych powodów zakazujących przenoszenia napojów przez kontrolę osobistą. Bo mogą służyć do wyrobu bomby. Ile butelkowanej wody ląduje przy tym w koszach przy bramkach kontroli osobistej, najlepiej wie Straż Graniczna.

A czy niezdrowe jedzenie, nie może służyć do produkcji gazu? Metanem z bąków podtruć można wszystkich pasażerów. A skoro tak, to powinno się zamknąć wszystkie punkty gastronomiczne na lotniskach. Absurd goni absurd.

I sprzedawcy bezczelnie z tego odgórnie narzuconego monopolu korzystają, bo swojej wody wnieść do samolotu nie możemy, a kranówy nikt nie zaryzykuje. I wciskają ciemnym masom teksty, że skoro ludzie kupują wodę po 7 zł, to znaczy, że jest na nią popyt. A skąd niby ludzie mają wziąć tańszą wodę? Z muszli w kiblu? I znowu anal, z naszej strony znowu, niestety, pasywny. I jak to się dzieje, że ceny wody w każdym miejscu sprzedaży w strefie odlotów są identyczne co do grosza?

I proszę bez kitu, że protestują biedacy, których na jedzenie po prostu nie stać. Otóż jeżeli ktoś bezczelnie wykorzystuje swój faktyczny monopol, to jest to tak samo oburzające dla bezrobotnego, jak i dla milionera. Więcej: osoby naprawdę zamożne, które do swojego bogactwa doszły własną ciężką pracą, są szczególnie wyczulone na wszelkie próby cwaniactwa i drenowania portfela. I nie ma znaczenia, czy chodzi o 100 zł, czy 100.000 zł. Chodzi o zasady i poczucie nieuzasadnionego naciągania (żeby nie powiedzieć wprost: dymania), które jest bolesne dla każdego.

Dlatego nie dziwię się Kayah, że szlag ją trafił. Dziwne tylko, że tak późno ktoś głośno o tym powiedział. Choć i tak wszystko, oczywiście, pozostanie po staremu. Obym był fałszywym prorokiem. Jedyna opcja to w ramach protestu przynosić własne kanapki. Skutkiem ubocznym tej formy protestu będzie oczywiście to, że Jarosław Kuźniar znowu będzie mógł na Polaków narzekać, że to buraki, śmierdzące jajkiem na twardo. Ale kto by się tam tą śniadaniową „gwiazdą” chciał przejmować.

Nebelwerfer

Komentarze

2 komentarze do “Wolny rynek nie istnieje (przynajmniej na lotnisku Chopina w Warszawie)”
  1. Olfaktoria says:

    Nigdy nie byłam w restauracji Amaro. Jak Ci się tam podobało?

    1. Nebelwerfer Nebelwerfer says:

      Nie uwierzę, że istnieje restauracja w promieniu 100 km od Warszawy, w której nie byłaś 🙂
      Co do restauracji, to uczucia mam mieszane, ale na szczęście nie wstrząśnięte 😉
      Ale dziękuję za podsunięcie pomysłu na wpis. Postaram się coś skrobnąć na jej temat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *