intro

Współczesny savoir-vivre. Napiwek – dawać, czy nie dawać?



Z napiwkami jest trochę jak z dupą i odwieczny dylemat sprowadza się do pytania: dawać, czy nie? Można go rozstrzygnąć, próbując odpowiedzieć na podstawie pytanie: czym jest napiwek?

Oczywiście powyższy dylemat nie dotyczy sytuacji, gdy napiwek w wysokości przeważnie 10% automatycznie doliczany jest do rachunku. Wtedy nie ma litości i płacić trzeba. Oczywiście na rachunku użyte zostaje magiczne słowo „serwis”, a nie pospolite „napiwek”. Dlatego warto dokładnie studiować najpierw menu (gdzie powinna być informacja o automatycznie pobieranym napiwku), a potem sam rachunek, żeby nie było niespodzianek. I jeżeli napiwkowy automatyzm nam nie odpowiada – zmienić knajpę, póki menu jeszcze jest w ręce, ale żarcie nie zamówione.

Ale wracając do pytania, co to za zwierz, ten napiwek?

Otóż napiwek powinien być wyrazem ogólnego zadowolenia klienta (konsumenta) z pobytu w danym lokalu. Dlatego nie ograniczałbym tego zadowolenia tylko do kwestii kulinarnych, choć w większości przypadków, kiedy idziemy do knajpy, właśnie te kwestie są dla nas priorytetowe. Chodzi raczej o ogólnie pozytywny bilans wizyty. Jeżeli ten bilans wychodzi na plus, dajemy napiwek. Przy takim rozumieniu przesłanek dawania napiwku, nie wszystkie elementy związane z naszym pobytem musimy oceniać pozytywnie. Chodzi przede wszystkim o to, żeby pozytywne było ogólne wrażenie. Czyli np. zupa była do bani, danie główne świetne, deser takoż, obsługa średnia, ale wystrój wystrzałowy – i jesteśmy zadowoleni. Mało tego: teoretycznie możliwa jest sytuacja, że jedzenie było niejadalne, wystrój jak koszmar senny dekoratora wnętrz, obsługa ospała, wychodzimy więc wściekle głodni, ale napiwek zostawiamy. Dlaczego? Dlatego, że wszystko przykrywa nam widok zgrabnych cycuszków kelnerki lub kształtnego jej tyłeczka. I jeżeli cycuszki są naprawdę zgrabne, a tyłeczek zaokrąglony w sam raz, więcej nie trzeba niczego, żebyśmy byli zadowoleni.

Bywają sytuacje, że jest to jedyny powód dania napiwku.

Bywają sytuacje, że jest to jedyny powód dania napiwku.

Zresztą nie sprowadzajmy tego tylko do cycków. Często sprytna kelnerka (lub kelner) potrafi zgrabnie wybrnąć z niemiłej sytuacji w postaci np. przypalonego steku, czy amnezji przy podawaniu startera. Taką umiejętność też warto napiwkowo docenić.

Skoro więc napiwek jest wyrazem zadowolenia, to jego brak – wyrazem niezadowolenia. Niestety, brak napiwku bywa także wyrazem totalnego sknerstwa, ale wszystkim kutwom mówimy zdecydowanie nie i serdecznie życzymy, aby znaleźli się po drugiej stronie kelnerskiej tacy, a ich klientami byli wyłącznie tacy centusie, jak oni.

Skoro brak napiwku powinien być wyrazem niezadowolenia, to automatyzm jego pobierania (dokonywany pod hasłem „serwis”), pozbawia nas możliwości wyrażenia tego niezadowolenia. Z tego powodu bardzo nie lubię knajp, w których dolicza się opłatę „serwisową”. Brak napiwku jest bowiem łagodną formą wyrażenia niezadowolenia. Jeżeli zostaniemy jej pozbawieni, pozostaje metoda karczemnej awantury i rzucania mięsem, co możliwe jest nawet w knajpach wegetariańskich, ale co nie każdemu może odpowiadać – często z braku umiejętności w takim rzucaniu.

Dlatego zasada moim zdaniem powinna być prosta: jeżeli jesteśmy zadowoleni, dajemy napiwek (a jeżeli bardzo zadowoleni, nawet większy niż tradycyjne 10%). Jeżeli nie jesteśmy zadowoleni, napiwku nie dajemy i to bez żadnych wyrzutów sumienia. W końcu żyjemy w tzw. kapitalizmie. Chyba.

Nebelwerfer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *